Spotkanie „opłatkowe” Pomorskiego Koła TPSiZS w 2017 r.
(reportaż subiektywny)

      Spotkanie opłatkowe 2017 r. pomorskiego Koła Towarzystwa Przyjaciół Sanoka i Ziemi Sanockiej odbyło się kolejny raz w Sopocie, w restauracji „Belferek”, w sobotę 21 stycznia. Wzięło w nim udział 27 osób. Pogoda była dobra, co prawda, zimowa, ale temperatura ok. 2 st. C, pogodnie, gdzieniegdzie resztki topniejącego śniegu. Tydzień wcześniej było zdecydowanie gorzej, mróz, dużo śniegu, nawet w Sopocie. Przybywających na spotkanie witał w progach restauracji Prezes Koła komandor Zbigniew Koziarz w towarzystwie Sekretarza Juliana Michenko. Komandor wręczał uczestnikom teczki „organizacyjne” z pięknymi życzeniami noworocznymi od Zarządu Koła dla wszystkich Sanoczan (zdjęcie obok), a także z kilkoma innymi załącznikami: „Elegią o bohaterskiej walce i śmierci pułkownika Stanisława Dąbka” autorstwa Zbigniewa Koziarza, wierszami „Jesienny plener” i „Karnawał”, także autorstwa Zbigniewa Koziarza, tekstem kilku kolęd, kopią pisma do Urzędu Wojewódzkiego w sprawie tablicy na grobie gen. Stanisława Dąbka, kalendarzem na 2017 r. Uniwersytetu III wieku w Gdyni, oraz kopią przedwojennej mapy polskiego Wybrzeża. Uczestnicy zajmowali miejsca przy wspólnym stole, ustawionym w wydłużoną literę „C”. Na stołach były już rozstawione przekąski (pyszny pstrąg w galarecie, z jajkiem i cytrynką) i białe, chilijskie wino „El Sol” („Słońce”).

      Punktualnie o godz. 17.00. Prezes otworzył spotkanie witając serdecznie wszystkich przybyłych i z góry przepraszając, że zajmie trochę czasu na sprawy organizacyjne. Przede wszystkim zwrócił uwagę, że spotykamy się w jubileuszowym roku dla Koła, roku 40-lecia jego istnienia. Przeprosił za nieobecność Prezesa naszego całego Towarzystwa, Wacława Krawczyka, który miał przyjechać z Sanoka i uświetnić nasze spotkanie w tym jubileuszowym roku. Niestety, Prezes Krawczyk rozchorował się dość mocno, na zapalenie górnych dróg oddechowych, ale obiecał odwiedzić Trójmiasto w czerwcu. Następnie komandor przeszedł do miłej uroczystości wręczenia odznaczeń zasłużonym członkom Koła (miał to robić Prezes Krawczyk). Medalami „Zasłużony dla Sanoka” zostali udekorowani Monika Fedyk-Klimaszewska, Władysław Pyrcak i Krzysztof Szombara. Prezes przedstawił bliżej sylwetki odznaczonych. Podkreślił ogromny sukces życiowy Moniki, zarówno artystyczny (Monika jest od lat niezwykle popularną na Pomorzu solistkę Opery Bałtyckiej, śpiewaczką dysponującą przepięknym mezzo-sopranem), jak i naukowy i pedagogiczny – Monika jest profesorem gdańskiej Akademii Muzycznej. Przy Krzysztofie Szombarze (Krzysztofa nie było na spotkaniu) zwrócił uwagę na jego duże zasługi dla naszego Koła w najtrudniejszym momencie – w rodzinnym domu Krzysztofa odbywały się spotkania Koła w stanie wojennym, Krzysztof był przez długi okres przewodniczącym Koła. Dłużej zatrzymał się Prezes przy osobie Władysława Pyrcaka, lekarza, może dlatego, że do tej laurki dołączyli się spontanicznie inni uczestnicy spotkania, m.in. Zbigniew Adamski, któremu doktor Władysław uratował życie.

      Wręczenie odznaczeń odbyło się na środku sali, na tle wiszącego na ścianie gobelinu z pięknym herbem Sanoka z nowo wyhaftowanymi koronami i aureolą nad głową św. Michała. Nieobecny Krzysztof Szombara otrzyma odznaczenie przy najbliższej okazji. Zarówno przy prezentacji laureatów, jak i przy wręczaniu odznaczeń, co rusz rozlegały się gromkie brawa. Odznaczeni, już ze swoich miejsc, podziękowali za medale, próbowali powiedzieć coś więcej od siebie na temat swojej pracy, ale Prezes był bezlitosny, szybko ich zdyscyplinował i przeszedł do następnego punku części „organizacyjnej”.

      Przedstawił krótko sprawę tablicy na nagrobku gen. Stanisława Dąbka w Gdyni-Redłowie. Przy okazji wywiązała się krótka dyskusja na temat stopnia generalskiego Stanisława Dąbka. Generał ciągle w powszechnej opinii publicznej znany jest jako pułkownik Dąbek, mimo, że już w 1964 został pośmiertnie awansowany przez Naczelnego Wodza gen. W. Andersa na generała brygady, i ten awans został uznany w 1993 r. przez prezydenta Lecha Wałęsę. Prezes zademonstrował wykonany własnoręcznie projekt nowej tablicy, opisał z jakiego materiału będzie wykonana. Krótko przedstawił także sylwetkę St. Dąbka, jednocześnie tłumacząc dlaczego Sanoczanie starają się o jego pamięć mimo, że urodził się w Nisku, dość daleko od Sanoka. Wymienił kilka powodów – Nisko i Sanok leżą w dawnym województwie lwowskim, obecnie w województwie podkarpackim, oba miasta leżą nad Sanem, i najważniejszy – poza Sanoczanami nie ma na Pomorzu żadnej innej organizacji, która mogłaby się tą sprawa zająć. Oczywiście, na upamiętnienie przez nas czekają inne zasłużone osoby, bliskie nam, Sanoczanom, ale obecnie musimy skupić się na postaci gen. Dąbka. Prezes zainicjował zbiórkę pieniędzy umieszczając na stoliku przy drzwiach kapelusz. Na koniec części „organizacyjnej”, która mimo energicznego prowadzenia przez Prezesa trwała ponad godzinę, poprosił on o wysłuchanie swojego wiersza „Karnawał”. Usłyszawszy ogólną zgodę zademonstrował swój kunszt recytatorski.
      Po odczytaniu pierwszej części wiersza rozległy się gromkie brawa słuchaczy. Prezes odczekał na ich zakończenie i już nie pytając o dodatkową zgodę, zademonstrował drugą część wiersza, mówiącą o karnawale w rodzinnym Sanoku.
      Obydwa wiersze zamieszczamy w oddzielnym pliku.

      Po zakończeniu deklamacji Prezes ponownie dostał gromkie brawa, za które podziękował i zapowiedział ceremonię łamania się opłatkiem i składania wzajemnych życzeń. Całe towarzystwo wyszło zza stołów, składało sobie życzenia, łamało się opłatkiem, obcałowywało się. Trwało to dość długo, mimo że uczestników spotkania było mniej niż w poprzednich latach. Może życzenia były dłuższe niż dawniej? Po tej miłej ceremonii uczestnicy powrócili na swoje miejsca przy stolikach i Prezes zaprosił wszystkich do konsumpcji. W międzyczasie sprawna obsługa zdążyła zwinąć nakrycia po przekąskach (konsumowanych podczas części „organizacyjnej) i podała czerwony barszczyk i faszerowane bułeczki w kształcie cepelinów. Po pewnym czasie na stół wjechało główne danie wieczoru – pieczeń w sosie własnym (pyszna) z ziemniakami i buraczkami ćwikłowymi. Do tego wino i woda z cytryną. Oczywiście, nie wszyscy pozostali przy winie, wielu uczestników spotkania miało ze sobą najróżniejsze trunki wyżej procentowe. Na prawym skrzydle stołu (w głębi sali, po prawej ręce Prezesa, który siedział w środku stołu) Sekretarz Julian częstował sąsiadów wspaniałą nalewką z aronii, a Konrad Szachnowski szkocką whisky. Przy smacznym jedzeniu, obficie zapijanym różnymi napojami, rozwiązywały się języki, rozmawiano coraz głośniej na najróżniejsze tematy. Wznoszono toasty, ale tylko „regionalne”, nie adresowane do całego towarzystwa tylko do sąsiadów. Z biegiem czasu całe spotkanie „rozsypało” się na kilka grup. Na prawym skrzydle grupka słuchaczy skupiła się przy Konradzie.

      Konrad wyglądał trochę na zmęczonego. Okazało się, że miał prawo takim być. Krótko przed spotkaniem wrócił z męczącej podróży z Katowic do Trójmiasta samochodem. Wcześniej był w Warszawie, na Śląsk jechał z Warszawy, a drogi są ciągle trudne do jazdy samochodem. Ostatnio dużo jeździ po Polsce bo został przez ZAIKS wydelegowany jako jego stały przedstawiciel w komisjach konkursowych na stanowiska dyrektorów teatrów. Jeździ nie tylko na same konkursy, ale także wcześniej, w celach sondażowych, żeby zapoznać się z opinią środowiska, zresztą nie tylko artystycznego, ale także szerzej, opinią publiczności, stanowiskiem władz samorządowych, itp. To wszystko jest bardzo wyczerpujące, zarówno fizycznie (podróże) jaki i psychiczne. Poza tym, ciągle pracuje zawodowo, jako reżyser, jako konsultant, jako członek różnych gremiów opiniotwórczych.

      Pytany przez sąsiada o związki Szachnowskich z Sanokiem chętnie zagłębił się we wspomnieniach. Szachowscy do Sanoka przybyli dopiero po wojnie. Przez wieki mieszkali w okolicy Lwowa. Szachnowscy to drobna szlachta zagonowa herbu Sas. Zapewne pochodzenia rusińskiego, jak wiele innych rodów herbu Sas – Baczyńscy, Hoszowscy, Nehrebeccy, Tarnawscy, Terleccy, Winniccy i wiele innych. W większości są to rody całkowicie spolonizowane. Dziadowie Konrada mieli duży majątek, ale i dużo dzieci. Ojciec Konrada, kolejne dziecko, był przeznaczony do stanu duchownego, był już w seminarium, ale przyszła na niego wielka miłość i zrezygnował z kariery duchownego. I tu zaczęła się opowieść rodzinna Konrada, która, jak powiedział słuchaczom, mogłaby być wspaniałym scenariuszem filmowym. Była tam i partyzantka, i niemieckie obozy koncentracyjne (nie jeden, aż cztery – Dachau, Gross-Rosen, Auschwitz, Osnabrueck), domniemana śmierć, podwójne małżeństwo (nieświadoma bigamia), unieważnienie małżeństwa przez Kościół, itd., itd. W tej opowieści słuchacze mogli się pogubić (pogubił się spisujący tę relację!), ale zapewne film byłby wspaniały.

      Opowieść Konrada ośmieliła jego sąsiadkę, Halinę Gustowską, która przedstawiła swoją, nie mniej „filmową” opowieść rodzinną, w której ona sama brała bezpośredni udział. Jej ojciec, podporucznik Marynarki Wojennej, został ciężko ranny w trakcie walk o Hel, prawdopodobnie na stawiaczu min „Gryf”. Według opowieści rodzinnych uratowali go rybacy kaszubscy pływającego bezwładnie w morzu, w kapoku, i przekazali go załodze Helu. Mama Haliny, postanowieniem niemieckiego okupanta, miała być wysiedlona z Gdyni, przy czym dzieci, 3-letnia Halina i młodszy brat, jeszcze w wózku, miały być oddzielone od matki i przewiezione do Zamościa. Mama postanowiła wrócić do rodzinnego Bodzentyna, w Górach Świętokrzyskich, ale za żadne skarby nie chciała się rozstać z dziećmi. Miała szczęście, trafiła na uczciwego Niemca, który w zamian za złotą obrączkę przymknął oko, a nawet pomógł znaleźć człowieka do pomocy, i mama Haliny z wózkiem, w którym miała synka i 3-letnią Haliną, ciągnąc ją za rękę „jak worek kartofli”, urwała się z transportu i uciekła do lasu. Znalazła schronienie w leśniczówce i po kilku dniach ruszyła z dziećmi w „podróż życia” do Bodzentyna. Po wielu perypetiach dotarła do rodziców. Niedługo potem dotarł tam także mąż.

      Jego perypetie to prawdziwy horror. Ciężko ranny dostał się do niewoli niemieckiej po kapitulacji Helu, gdzie, w zamieszaniu, został uznany już za zmarłego. Leżał w prosektorium, gdy przyszła tam grupka studentów (czy praktykantów), aby wybrać sobie zwłoki do ćwiczeń. Nagle słyszą głos ludzki, mówiący po niemiecku. Ojciec Haliny, nazwiskiem Krueger, był Polakiem z Poznańskiego, ale o korzeniach niemieckich. Jego dziadek, Berlińczyk, pracując na terenie Polski, postanowił zostać w Polsce. Stąd język niemiecki u wnuka, w stanie praktycznie nieprzytomnym. Niemcy odnaleźli „mówiące” zwłoki, wzięli na stół operacyjny, wyleczyli i wypytywali się żołnierza, ich zdaniem niemieckiego, ciągle o jednostkę, w której służył. A ten uparcie mówił, że jest Polakiem, że bronił przed Niemcami Helu. Początkowo nie dowierzano, traktując te wypowiedzi jako efekt szoku pourazowego. No ale ile można, w końcu niemiecki dyrektor szpitalu, bojąc się kłopotów ze strony swoich zwierzchników, powiedział: - bratku, dam ci odpowiednie papiery, ale zabieraj się stąd. I ten rekonwalescent przykuśtykał, posługując się kosturem, w Góry Świętokrzyskie. Samo spotkanie z żoną i córeczką było bardzo niesamowite, prawdziwie teatralne, dziadkowie o mało co nie padli z wrażenia przy tym. Oczywiście, oficer szybko został włączony w ruch partyzancki, bardzo silny w regionie Gór Świętokrzyskich. Z tym, że w dzień rodzice Haliny robili i sprzedawali lody, dopiero nocą ojciec zmieniał zawód na żołnierza-partyzanta.

      Opowieść Haliny trwała dość długo, przerywana przez różne toasty, ale także pytania i komentarze słuchaczy. Była barwna, pełna ciekawych szczegółów, których piszący tę relację nie zachował w pamięci. Niemniej interesujące (i dramatyczne) były dzieje powojenne jej rodziny. Przedwojenny oficer powrócił do czynnej służby, włączył się w odbudowę Polskiej Marynarki Wojennej. Niestety, „dobra pogoda” dla przedwojennej kadry nie trwała długo. Nie pozostawiła go bez „opieki” Informacja Wojskowa, w „międzynarodowym” składzie, sowiecko-polskim. Został zdegradowany do starszego bosmana, niedługo później uwięziony. Był świadkiem jak jego kolegów z celi wywożono na rozstrzelanie. On się uchował, być może uratowała go informacja o produkcji i handlu lodami w Bodzentynie. W okresie „odwilży” w latach 50-tych powrócił do Marynarki, ale do końca służby nie odzyskał już stopnia oficerskiego.

      Po opowieści Haliny ponownie włączył się Konrad. Opowiadał o swojej ulubionej Hiszpanii – w Hiszpanii ciągle trwa kryzys, zmniejszyła się ilość urlopowiczów na hiszpańskich plażach, niemieccy właściciele sprzedają swoje domy w kurortach, kupowane kiedyś dla „biznesu” ( na miesiąc dla siebie, na wakacje, na wynajem przez pozostałe miesiące sezonu). Ale młodzi Moskwianie jeszcze przylatują samolotami z Moskwy na jeden wieczór na balangę. Nie brakuje im pieniędzy mimo sankcji nałożonych na Rosję po aneksji Krymu i atak na Donbas. Z czasem temat rozmów przeniósł się na drugi koniec Eurazji – na rosyjski Daleki Wschód i Chiny. Było trochę politykowania, o którym nie warto pisać.

      Z biegiem czasu towarzystwo się trochę pomieszało. Na stół wjechały ciasta przygotowane przez nasze panie. Były pierniki, makowce, jakieś kruche nadziewane ciasta, a także wspaniała galareta Haliny. Chętni zamawiali sobie kawę czy herbatę. Na prawe skrzydło, do Piotrowskich (Konrad ruszył w wędrówkę po sali) dosiadł się Stanisław Madaliński, inżynier elektronik, absolwent Politechniki Warszawskiej. Gdy usłyszał, że sąsiedzi przy stole (Piotrowscy) pochodzą ze Strachociny, zaczął wypytywać ich o swojego bliskiego przyjaciela ze studiów, Staszka Hoszowskiego ze Strachociny. Jak okazało się, że Piotrowscy doskonale znają Hoszowskiego, żona Hoszowskiego (Hanka Pielech) to ich kuzynka, a młodsza siostra Hoszowskiego (Bernadeta) to koleżanka szkolna Władysława, potoczyły się wspomnienia i opowieści. Madaliński kilka razy odwiedzał Hoszowskiego w Strachocinie (i Sanok przy okazji), bardzo mu się tam podobało. Razem z Hoszowskim ukończyli specjalność „aparaturę medyczną”, z tym, że Hoszowski powrócił w rodzinne strony, do Rzeszowa, a Madaliński wyruszył nad morze. Obydwaj pracowali w „siostrzanych” firmach, utrzymywali ze sobą bliskie kontakty, i utrzymują do dzisiaj. Od tematu „Hoszowski” Madaliński gładko przeszedł do tematu „praca zawodowa”. Przez wiele lat kierował firmą, która zajmowała się projektowaniem, nadzorem nad budową, konserwacją i eksploatacją urządzeń medycznych w szpitalach Trójmiasta i całego Pomorza. Współpracowała także z trójmiejskimi stoczniami w dziedzinie urządzeń medycznych montowanych na nowobudowanych lub remontowanych statkach i okrętach (na tych częściej). Wspominał sowieckie okręty-szpitale, które były remontowane w Gdańsku. Sowieci mieli dwa okręty-szpitale, które bez przerwy kursowały po morzach i oceanach, przejmując chorych marynarzy z okrętów potężnej armady Związku Sowieckiego, krążących po całym świecie. Żaden sowiecki marynarz nie mógł znaleźć się w „imperialistycznym” szpitalu, nawet gdyby miał umrzeć z braku odpowiedniej opieki lub lekarstw. Te szpitale były doskonale wyposażone, w najnowocześniejszy sprzęt. Stanisław opowiadał o swojej pracy z dużym zaangażowaniem, widać, że pasjonowała go, wiele zdarzeń związanych z nią zapadło mu głęboko w pamięć. Wspominał też kontakty z personelem medycznym szpitali, ze stoczniowcami, z Rosjanami z okrętu-szpitala, i Ukraińcami (z innego takiego okrętu, stacjonującego w Sewastopolu na Krymie). Podkreślał różnice w charakterach tych dwóch, niby bardzo bliskich narodowościach. Akurat we Władysławie znalazł dobrego słuchacza, będąc z pierwszego zawodu marynarzem, z ogromnym zainteresowaniem chłonął informacje z pogranicza aparatury medycznej i morza. Ale także o problemach z elektrycznością statyczną na salach operacyjnych (z drugiego zawodu jest elektrykiem).

      Podobne „pogwarki” na najróżniejsze tematy toczyły się w wieli innych miejscach na sali. Szybko mijał czas, tak szybko, że Prezes zupełnie zapomniał o śpiewaniu kolęd, teksty których przekazał w teczkach „organizacyjnych”. Ponoć gdzieś w drugiej sali były próby tańców, ale chyba nie wciągające większej liczby uczestników, bo przy stołach ciągle było dużo biesiadników-dyskutantów. Do prawego skrzydła na moment przysiadła się bohaterka wieczoru („medalistka”), profesor Monika. Wypytywana o nowiny w Operze i Filharmonii w Gdańsku w sposób bardzo delikatny opowiedziała o zawirowaniach wokół stanowiska dyrektora Opery. Nie chciała wdawać się w szczegóły tej sprawy, chętniej opowiadała o repertuarze Opery i swoich rolach. Wyraźnie ucieszyła się moim pytaniem o profesora księdza Kaczorowskiego, śpiewaka (baryton), proboszcza w Szemudzie na Kaszubach, organizatora koncertów w kościele w Szemudzie. Okazało się, że to bliski kolega Monika, wspaniały człowiek, wspaniały artysta. Fani muzyki klasycznej z prawego skrzydła stołu zapewne długo by jeszcze męczyli Monikę różnymi pytaniami, ale sala zaczęła się systematycznie „wyludniać”. Zbliżała się godzina 22-ga i Prezes delikatnie dawał sygnał do „odwrotu”. Panie zbierały niedojedzone ciasta i pakowały uczestnikom na „wynos”, panowie zabierali niedokończone butelki. Wszyscy się żegnali ze sobą, dziękowali za udany wieczór i umawiali się na następne takie spotkanie za rok. Ale także na comiesięczne spotkania w Gdyni. Ostatni uczestnicy chyba opuścili lokal ok. godz, 22.30.

      Zanotował W. Piotrowski – 23 stycznia 2017 r.

 


Niniejszy reportaż nie jest oficjalnym sprawozdaniem ze spotkania, co oczywiste.
Prezentowany jest na autorską odpowiedzialność prowadzących witrynę Koła (podobnie jak wszystkie inne publikowane tu materiały).

 


Publikujemy również reportaże ("subiektywne reportaże"): z poprzednich spotkań opłatkowych:
rok 2015,
rok 2016.
Dwa krótkie klipy wideo z naszych spotkań umieściliśmy w portalu YouTube:
"Spotkanie opłatkowe Sanoczan z Trójmiasta - 2010",
"Spotkanie oplatkowe Trójmiejskich Sanoczan - 2015".


do strony głównej

Ostatnia zmiana tej strony: styczeń 2017 r.