"Sztafeta Pokoleń" - 1/2022

Zawartość numeru:

- Od Redakcji
- Z ŻYCIA STOWARZYSZENIA
- AKTUALNOŚCI
- Moja "Kronika” – Stanisław Berbeć-Piotrowski - odcinek XXII
- Z dziejów królewskiej wsi Strachocina – Wł. Piotrowski - odcinek IX
- ZE SPORTU
- ODESZLI OD NAS
- NOWINY GENEALOGICZNE
- LISTY OD CZYTELNIKÓW
- ROZMAITOŚCI - 1. Ks. prałat Kazimierz Piotrowski i Stefan Kosiarski
- ROZMAITOŚCI - 2. Ks. Romuald Szumierz – opiekun internowanych
- ROZMAITOŚCI - 3. Nowy tomik wierszy Ireny Piotrowskiej
- ROZMAITOŚCI - 4. Rocznicowy "Głos Zarszyna"
- Strachockie rody – 1. Jeszcze o Radwańskich
- Strachockie rody – 2. Chylińscy - Hyleńscy

 
 

Od Redakcji

Drodzy Czytelnicy!

Oddajemy do Waszych rąk dwudziesty dziewiąty numer naszego biuletynu „SZTAFETA POKOLEŃ”. Oddajemy go, jak zwykle, z niegasnącą nadzieją, że będzie to zajmująca, interesująca lektura. Dział „Z życia Stowarzyszenia” przynosi tym razem kilka różnych informacji z życia członków naszego Stowarzyszania.

Dział „Aktualności” przynosi nowiny z życia naszej „małej ojczyzny” – Podkarpacia (nie mylmy z województwem Podkarpackim!), w tym ciekawe informacje o śmiałym pomyśle na gminę Strachocina, o nowym pomniku-popiersiu w Strachocinie, o sanockim Autosanie, krośnieńskiej firmie Forum by Nowy Styl i inne.

W dziale historycznym kontynuujemy publikację fragmentów osobistej, „Kroniki” Stanisława Berbecia-Piotrowskiego. Tym razem jest to opis ostatnich lat istnienia PRL-u (Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej), lata 1982 – 1986, oraz kolejny odcinek „Dziejów królewskiej wsi Strachocina” naszej rodzinnej „kolebki”, w okresie II Wojny Światowej – w latach 1939 – 1945 r. – część pierwsza.

W rubryce „Rozmaitości” zamieszczamy kilka ciekawych pozycji: o książce Stefana Kosiarskiego i ks. prałata Kazimierza Piotrowskiego, o ks. Romualdzie Szumierzu – opiekunie internowanych, o nowym tomiku wierszy Ireny Piotrowskiej „spod mogiły i o „Głosie Zarszyna” przysłanym nam przez Andrzeja Giyra-Piotrowskiego.

W ramach „projektu” zamieszczania w naszej „Sztafecie” „portretów” strachockich rodów tym razem zamieszczamy „portret” rodu Chylińskich, kolejnego zacnego, choć niezbyt licznego strachockiego rodu, który także, poprzez małżeństwa, był związany z Piotrowskimi.

Dziękujemy za wszystkie listy, emaile i telefony. Pomagają nam w redagowaniu biuletynu. Jak zawsze, ciągle aktualny jest nasz apel o tego typu pomoc – tak więc czekamy ciągle na Wasze artykuły, listy, emaile, telefony, SMS-y – z uwagami, sprostowaniami, informacjami, materiałami do publikacji, starymi zdjęciami. Życzymy przyjemnej lektury!

Redakcja                              

 
 

Z ŻYCIA STOWARZYSZENIA PIOTROWSKICH ZE STRACHOCINY

Z regulaminu Stowarzyszenia:
Członkami Stowarzyszenia mogą być potomkowie Stefana Piotrowskiego ze Strachociny k/Sanoka, żyjącego w latach 1667 - 1757, oraz ich małżonkowie.

*       *       *

Podczas wiosennej „sesji” Zarządu naszego Stowarzyszenia toczyła się dyskusja wokół najważniejszej dzisiaj sprawy - wojny na Ukrainie i związanej z tym ogromnej fali uchodźców, która znalazła się w granicach współczesnej Polski. Podkreślamy, że współczesnej Polski, bo musimy mieć świadomość, że przodkowie tych uchodźców to kiedyś „współbracia” naszych przodków, rodacy. W czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów (w okresie 1569 – 1795 r.) tworzyliśmy z przodkami Ukraińców właśnie jeden z tych „obojga” narodów. Warto przypomnieć (większość z nas wie, ale chyba nie wszyscy), że te „narody” to nie były narody w naszym współczesnym rozumieniu (w języku polskim), lecz były to narody polityczne, nie etniczne. Jednym z nich byli mieszkańcy Wielkiego Księstwa Litewskiego, zwani potocznie „Litwinami” (chociaż większość to byli przodkowie dzisiejszych Białorusinów), drugim „narodem” byli mieszkańcy terenów dzisiejszej Polski (niecałej), głównie etniczni Polacy, oraz mieszkańcy terenów dzisiejszej Ukrainy (też niecałej), południowi Rusini, przodkowie dzisiejszych Ukraińców. Ta część Rzeczpospolitej Obojga Narodów nosiła nazwę Korony, a mieszkańców zwano Koroniarzami (nazwa dzisiaj trochę zapomniana). Oczywiście, między Koroniarzami dochodziło czasem do niesnasek, kłótni i bijatyk, jak to w rodzinie, ale była to jednak jedna rodzina. I dobrze, żeby tak było i dzisiaj. Początki pobytu współczesnych ukraińskich uchodźców w Polsce są wspaniałe, wszędzie wita się ich nieledwie chlebem i solą. Oby było tak dalej.
Innym tematem, który także poruszono na „sesji” były pierwsze przymiarki do kolejnego zjazdu potomków Stefana w 2027 roku. Pandemia korona- wirusa skończyła się, jest nadzieja, że nie wróci do nas. Jeszcze jest dużo czasu, ale warto myśleć o jakiejś formie organizacyjnej, która mniej obciążałaby miejscowych członków naszego Stowarzyszenia. „Sesja” Zarządu miała, jak zwykle od dłuższego czasu, charakter tylko korespondencyjny. Dyskutowano, wymieniano informacje pocztą mailową. Omawiano także i inne sprawy, m.in. grudniowy numer biuletynu Stowarzyszenia i naszą stronę internetową

*       *       *

Nasza poetka, Irena Piotrowska „spod mogiły” z Sanoka, wdowa po Józefie, Skarbniku naszego Stowarzyszenia, wydała kolejny tomik swoich wierszy p.t. „Co nam przynosi los”. Więcej na ten temat piszemy w dziale „ROZMAITOŚCI”.

*       *       *

W grudniu 2021 r. Polskę odwiedziła grupka Amerykanów, potomków Stefana Piotrowskiego - wnuczki Kazimierza Błaszczychy-Piotrowskiego: córka Anny, Rozanne ze Swembów Nitschke z mężem Deanem, i córka Rose, Lorraine Sunderland z mężem Herbertem Spencerem. Amerykanie, będący w trakcie wycieczki po Europie, odwiedzili w Polsce tylko Kraków, gdzie spotkali się z Aliną, Janem i Anią Klimkowskimi ze Strachociny (Ania z Krakowa) i rodziną Barbary z Błaszczychów-Piotrowskich Dąbrowskiej (z Krakowa i Kielc). Dziadek Amerykanek, Kazimierz Błaszczycha-Piotrowski, syn Błażeja, wyemigrował do USA w 1910 r. Osiadł w miasteczku Rossford koło Toledo w stanie Ohio. Jego potomkowie utrzymują kontakt z rodziną w Polsce, uczestniczyli w zjazdach Potomków Stefana w 2007 i 2017 roku w Strachocinie.

*       *       *

Ksiądz prałat Kazimierz Władysław Piotrowski „z Kowalówki”, były proboszcz parafii Iwonicz (obecnie na zasłużonej emeryturze), wydał kolejną książkę pod tytułem „W objęciach muzycznej pasji – Chór parafialny w Iwoniczu 1974 – 2015”. Jest to prawdziwe „dzieło życia” (opus vitae) księdza Kazimierza. Książka ma 205 stron, w tym ponad 20 stron pięknych, kolorowych, pamiątkowych zdjęć, oprócz tego wiele czarno-białych, historycznych zdjęć z dziejów iwonickiego chóru oraz skanów dokumentów. Znajdują się w niej teksty pieśni z zapisem nutowym i ciekawostki z ponad 40-tu lat „życia” iwonickiego chóru. Książka została pięknie wydana. Na zdjęciu obok strona wewnętrzna książki z dedykacją dla „redakcji” „Sztafety”. Więcej o książce napiszemy w kolejnej „Sztafecie”.

*       *       *

W poprzednie „Sztafecie” (nr 28) pisaliśmy o sukcesach na arenie międzynarodowej w 2020 r. naszej młodej artystki, Wiktorii Cecuła, córki Anny z Berbeciów-Piotrowskich i Rafała Cecułów ze Strachociny, wnuczki Marty z Radwańskich i Waldemara Berbeciów-Piotrowskich. Nie inaczej było rok później, w 2021 r. – poniżej dyplom za I miejsce we flecie w konkursie w Belgradzie (Serbia) .

*       *       *

Z inicjatywy Róży i Janka Nebesiów odbyło się u nich, w Sanoku-Olchowcach, spotkanie „klanu” sanockich Błaszczychów. Gospodyni po staropolsku ugościła gości pysznościami. Zarówno Makłowicz jak i Okrasa mogli by się uczyć się u Róży jak robi się bezkonkurencyjny bigos. A nalewki!! Cuda świata – poinformowała o tym z Sanoka Małgorzata Dąbrowska, autorka poniższego zdjęcia:


   
 
Stoją od lewej: Andrzej i Magdalena (córka Alicji Dziuban) Dąbrowieccy, gospodyni Róza Nebesio, dalej córka gospodarzy, Róży i Jana, Marcelinka, dalej Stanisława Lewicka (córka Bronisława Błaszczychy-Piotrowskiego), Alicja Dziuban (z domu Nebesio, wnuczka Michaliny z Błaszczychów-Piotrowskich), gospodarz Janek Nebesio (syn Michaliny, brat Alicji), córka gospodarzy Marzena, a na końcu najmłodsza córka gospodarzy, Ewa i jej mąż Grzegorz Sabatowie. Zdjęcie zrobiła Małgorzata Dąbrowska (córka Władysławy z Błaszczychów-Piotrowskich - nie ma jej na zdjęciu).

*       *       *

 

AKTUALNOŚCI

W Ukrainie trwa wojna. 24 lutego 2022 roku, wczesnym rankiem, Rosja, gwałcąc wszelkie obyczaje i prawo międzynarodowe, napadła na sąsiada bez wypowiedzenia mu wojny, atakując go z lądu, powietrza i od strony morza, niszcząc kraj, zabijając cywilów, burząc miasta. Wojska Ukrainy stanęły do bohaterskiej walki budząc podziw całego cywilizowanego świata. Pretekstem do najazdu dla Rosji była „pomoc” samozwańczym Republikom Ludowym, Donieckiej i Ługańskiej, które zbuntowały się przeciwko ukraińskim władzom w Kijowie (oczywiście, z cichą pomocą dzisiejszego agresora) i ogłosiły przyłączenie się do Rosji. Miliony uchodźców uciekło z Ukrainy za granicę, w tym ponad 3 miliony do Polski. Rosja chciała opanować całą Ukrainę twierdząc, że narodu ukraińskiego nie ma, że jest to część wielkiego narodu rosyjskiego („ruskiego”), że nie może być także takiego państwa jak Ukraina. Bohaterska obrona Ukraińców, wspomagana przez Zachod (m.in. przez Polskę) wydaje się, że ograniczyła „apetyt” zaborczego sąsiada tylko do Zadnieprza, Krymu i południa Ukrainy. Oby nawet do tego nie doszło, życzmy Ukraińcom skutecznej obrony swojej niepodległości, zapomnijmy o konfliktach w przeszłości.

Wojna w Ukrainie przypomina trochę (ale tylko trochę) wydarzenia sprzed 370 lat, w połowie XVII wieku, kiedy to lider Kozaków, hetman zaporoski Bohdan Chmielnicki, także zbuntował się przeciwko władzom Rzeczpospolitej (rządzonej wtedy m.in. także przez rusińską - ukraińską szlachtę i magnatów - Wiśniowieckich, Ostrogskich, Zbaraskich, Zasławskich, Koreckich i innych) i wywołał wojnę domową, do której włączyła się Moskwa (poprzedniczka Rosji) pod pretekstem „pomocy swoim braciom w prawosławnej wierze”. Brutalna, zacięta wojna trwała kilkanaście lat, zniszczyła kwitnący kraj, tysiące mieszkańców musiało uchodzić do zachodniej części Rzeczpospolitej, na tereny etnicznie polskie. Wojna zakończyła się zajęciem całego Zadnieprza i Kijowa przez Moskwę (Rosję) – południe dzisiejszej Ukrainy należało wtedy do Chanatu Krymskiego, lennika Turcji. Uchodźcy ze zrewoltowanej Ukrainy, m.in. przodkowie strachockich rodów: Radwańskich, Adamskich, Cecuła-Błażejowskich, Buczkowskich, Chylińskich, Klimkowskich, Kucharskich, Kuźniarskich, Lisowskich, Mieleckich, Pączkowskich, Rogowskich, Samborskich, Szczepańskich i Winnickich, nie mogli powrócić do swoich rodzinnych stron, pozostali na wygnaniu i osiedli w okolicach Sanoka. To oni odbudowali królewską Strachocinę po zniszczeniu jej przez najazd tatarski w 1624 r., wówczas dzierżawioną przez ród Bobolów. Dołączył do nich także weteran wojenny, przodek Piotrowskich, zapewne inwalida, nowo ochrzczony Tatar, ojciec Stefana. Później dołączyli także inni uchodźcy, mieszkający w okolicy Sanoka, m.in. Dąbrowscy, Michalscy i Szymańscy. Dziełem tych wszystkich uchodźców była, odbudowana, nietypowa pod każdym względem, nasza rodzinna wieś Strachocina.

*             *             *

Jak poinformował Urząd Gminy Sanok, 31 grudnia 2021 r. do urzędu wpłynął wniosek, podpisany przez Janusza Cecułę – inicjatora lokalnego referendum i pełnomocnika wnioskodawców, w sprawie utworzenia nowej, oddzielnej Gminy Strachocina, w skład, której weszłyby trzy sołectwa z obecnej Gminy Sanok: Lalin, Pakoszówka i Strachocina. Na liście grupy obywateli podpisało się 18 osób. Podobny wniosek wcześniej złożyła grupa obywateli z Mrzygłodu, wnioskująca o utworzenie Gminy Mrzygłód do której weszłyby dotychczasowe sołectwa Gminy Sanok: Dębna, Dobra, Hłomcza, Łodzina, Mrzygłód i Tyrawa Solna.

*             *             *

Jak przekazuje nam Małgorzata Dąbrowska z Sanoka „powoli zaczyna przybierać końcowy kształt” jedna z największych inwestycji w gminie Sanok, Centrum Kultury i Tradycji Regionalnej w Strachocinie. Prace budowlane mają się zakończyć do końca tego roku. Miejmy nadzieję, że wydarzenia na sąsiedniej Ukrainie i związane z tym koszty finansowe (związane m.in. z falą uchodźców) nie przeszkodzą w ich realizacji.

*             *             *

„Polski chemik, farmaceuta (pigularz), przedsiębiorca, wynalazca lampy naftowej, pionier przemysłu naftowego, rewolucjonista i działacz niepodległościowy; filantrop – po prostu dobry człowiek…”. Taki właśnie był Ignacy Łukasiewicz – wybitny człowiek, który wiedzą i mądrością wykraczał poza ramy czasowe swojej epoki.

16 grudnia br. pod budynkiem Szkoły Podstawowej w Strachocinie miało miejsce uroczyste odsłonięcie oraz poświęcenie pomnika tego, który „rozświetlił mroki ziemi” – patrona szkoły i wybitnego Polaka zasłużonego dla rozwoju przemysłu naftowego – Ignacego Łukasiewicza. Na sali gimnastycznej w budynku szkoły odbyła się druga część uro-czystości, którą uświetnił występ arty-styczny uczniów Szkoły Podstawowej w Strachocinie. W krótkich scenkach ro-dzajowych zobaczyliśmy m.in. jak Łuka-siewicz odkrył ropę naftową. Po występie rozpoczęła się ostatnia część spotkania tj. polsko-ukraińskie sympozjum, podczas którego wygłoszono trzy wykłady. Joanna Kubit – Dyrektor Zespołu Szkół Naftowo-Gazowniczych im. Ignacego Łukasiewicza w Krośnie przedstawiła sylwetkę „Ignacego Łukasiewicza – naukowca”, Andrzej Cecuła – Dyrektor Szkoły Podstawowej w Strachocinie omówił „Życie Ignacego Łukasiewicza”, Ihor Romaniuk (asystent koordynatora projektu, dyrektor Borysławskiego TIC) zaprezentował „Historię Johanna Zeha – wybitnego mieszkańca Borysławia”, współpracownika Łukasiewicza, którego pomnik stanął na Ukrainie. Budowa pomnika Ignacego Łukasiewicza w Strachocinie i pomnika Jana Zeha w Borysławiu, to największe przedsięwzięcia w projekcie „Naftowa Kolebka Europy – Zapomniana historia Polski i Ukrainy”, realizowanego wspólnie przez Gminę Sanok i Radę Miasta Borysław w ramach programu Polska–Białoruś–Ukraina.

*             *             *

W Strachocinie został zakończony remont remizy Ochotniczej Straży Pożarnej. Budynek zyskał przestronne, jasne i funkcjonalne wnętrze, które polepszy warunki pracy strażaków. Zakres prac remontowych obejmował ułożenie płytek ściennych w pomieszczeniu socjalnym i w WC, ułożenie płytek posadzkowych na schodach na I p. oraz w sali szkoleniowej, montaż brodzika w pomieszczeniu WC, oraz montaż balustrady na schodach. Położono także nową wykładzinę podłogową na korytarzu, w świetlicy oraz w pozostałych pomieszczeniach I piętra.

*             *             *

Rok 2022 jest dla sanockiego Autosanu rokiem jubileuszowym. 190 lat temu dwaj byli powstańcy listopadowi z zaboru rosyjskiego - Mateusz Beksiński i Walenty Lipiński osiedlili się w Sanoku. W 1832 roku założyli kowalsko-kotlarski zakład rzemieślniczy, w którym rozpoczęli produkcję kotłów, narzędzi miedzianych i innych przedmiotów użytkowych. To były początki Autosanu. Różne losy przechodził Autosan przez te 190 lat. W chwili obecnej walczy o lepszą przyszłość - aktualnie realizuje kontrakt na dostawę 90 sztuk przegubowych autobusów miejskich SANCITY 18LF LNG z napędem na ciekły gaz ziemny (LNG) do Warszawy. W tym roku wyprodukuje także kolejne autobusy elektryczne - 10-metrowe SANCITY 10LFE dla MPK Częstochowa. Przygotowuje także oferty w kolejnych przetargach na autobusy komunikacji miejskiej, ogłoszonych przez krajowych przewoźników. Przetargi dotyczą pojazdów zarówno z napędem tradycyjnym jak i napędami alternatywnymi. Stan zatrudnienia spółki jest stabilny, wynosi ok. 400 osób. Sukcesami ubiegłego roku była prezentacja pierwszego przegubowego autobusu AUTOSAN na ciekły gaz ziemny LNG, oraz wyprodukowanie autobusu napędzanego wodorem SANCITY 12LFH, wyróżnionego na targach w Kielcach. Także wyprodukowana dla wojska trzy-osiowa, skrzyniowa przyczepa terenowa, jako jeden z elementów pojazdu systemu „Wisła”, wyróżniona nagrodą DEFENDER na targach MSPO w Kielcach. Zainteresowaniem samorządów miejskich cieszy się autobus „wodorowy”. Zgłosiły się już chętne do testów. Ogłaszane są postępowania przetargowe dotyczące takich autobusów.

*             *             *

Występ polskiej drużyny na Mistrzostwach Świata w piłce nożnej nie będzie jedynym polskim akcentem tych mistrzostw. Kibice z całego świata będą mogli dopingować swoje drużyny z trybun wypełnionych krzesełkami firmy z Krosna. Produkty marki Forum by Nowy Styl wypełniły aż sześć z ośmiu stadionów. Na pierwszym z nich, 40-tysięcznym Al Janoub otwartym w maju 2019 r., zamontowano krzesełka Abacus, jedne z najlepszych siedzisk stadionowych na świecie. Na „Stadionie 974” zainstalowano kubełkowe krzesełka Omega w kolorze niebieskim. Ten sam model obecny był na stadionach Mistrzostw Świata w 2010 roku w RPA (Kapsztad, Nelspruit) oraz podczas EURO 2020 na Stadionie Narodowym w Bukareszcie. Stadion 974 został zbudowany z 974 kontenerów, które po zakończeniu mistrzostw, będą mogły być zdemontowane, następnie załadowane na statki i ponownie złożone w innym mieście. Największym obiektem jest Stadion Lusail, mieszczący aż 86 tys. widzów. Jego futurystyczna forma nawiązuje do tradycyjnych naczyń regionu, zaś niezwykła złota fasada z daleka olśniewa każdego, kto ją zobaczy. To na tym stadionie odbędzie się finał mundialu. Wzór utworzony z krzeseł nawiązuje do fasady stadionu, co pozwala na spójność architektoniczną i wizualną. Pozostałe stadiony Mistrzostw to: Ahmad bin Ali (40 tys.) z wyrazistymi wzorami dwóch czerwono-czarnych lwów na trybunach za bramkami oraz stadion Education City, na którym Robert Lewandowski cieszył się z triumfu w Klubowych Mistrzostwach Świata w 2021 roku. Pierwszy mecz będzie rozgrywany nas stadionie Al Bayt, który kształtem przypomina namiot Beduinów. Zastosowana kolorystyka jest ukłonem w stronę tradycji, zaś regularny geometryczny wzór z czarno-białymi zdobieniami nawiązuje do wnętrz arabskich namiotów. Wszystkie te ornamenty stworzone są z krzesełek Forum - Abacus i Omega. Standardowe siedziska na sześć stadionów są efektem współpracy firmy Nowy Styl z katarskim partnerem Coastal Qatar. Poza standardowymi krzesłami, Forum by Nowy Styl, wyprodukowało w fabrykach w Jaśle i dostarczyło fotele do najbardziej prestiżowych lóż i sektorów VIP.

*             *             *

Na Zamku Kamieniec w Odrzykoniu k/Krosna (znanym nam z „Zemsty” Aleksandra Fredry) trwają prace konserwacyjno-remontowe murów ściany północnej i zachodniej ruin zamku, prowadzone przez dzierżawcę nieruchomości, Andrzeja Kołdera, twórcy Muzeum Zamkowego. Przedsięwzięcie finansowane jest przez Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków oraz gminę Wojtaszówkę. Prace były konieczne do zahamowania destrukcji muru. Wykonano dezynfekcję muru, usunięto nawarstwienia, wypełniono pęknięcia. Przeprowadzono też rekonstrukcję obramień okiennych oraz kamiennego wątku muru. Odtworzono okno strzelnicze. Pozostałości historycznych tynków poddano konserwacji i wzmocniono. Uzupełniono także ubytki spoin i materiału kamienno-ceglanego.

*             *             *

Ostatnia dekada to tłuste lata dla sanockich archeologów, jeśli chodzi o skarby z epoki brązu. W tym czasie do Muzeum Historycznego w Sanoku trafiło wiele przedmiotów z tego okresu. Wcześniej też oczywiście spotykanych, ale nie tak licznie. Prawdziwy wysyp skarbów z epoki brązu nastąpił wraz z upowszechnieniem się wykrywaczy do szukania metali. Po 2013 roku doszło do odkrycia kilku skarbów i to o nie byle jakiej randze. Na szczęście cenne znaleziska trafiły w ręce archeologów i dzisiaj możemy cieszyć się wstępnymi wynikami przeprowadzonych badań. Część z tych skarbów znaleziono w najbliższej okolicy Strachociny. Pierwszy z nich znaleziono na górze Wroczeń, położonej na pograniczu czterech wsi: Falejówki, Srogowa Górnego, Pakoszówki i Lalina (dobrze widocznej ze Strachociny). Dla mieszkańców dawnych osad, na których liczne ślady natrafiono w sąsiedztwie, wzniesienie było miejscem specjalnym. Być może miało charakter sakralny. To wzniesienie pełniło ważną rolę, gdyż w czasie poszukiwań natrafiono tu na wiele przedmiotów, od epoki brązu począwszy, poprzez znaleziska związane z Celtami, ale też średniowieczem. Na górze odkryto m.in. dwa skarby przedmiotów żelaznych, w tym intencyjnie połamany nóż oraz elementy uprzęży końskiej z II w. p.n.e. Znaleziono także cmentarzysko ciałopalne kultury przeworskiej pochodzące z II w n.e. To jest, po cmentarzysku z Prusieka, zaledwie drugie takie znane z tych okolic. Skarb z epoki brązu, datowany na około 1200 lat przed nasza erą, składa się z kilkunastu pięknie i bogato zdobionych bransolet, dwóch naszyjników, brązowych, pokawałkowanych sierpów oraz placka brązu. W sumie cały skarb liczy 39 przedmiotów.

Odkrycie kolejnego skarbu, skarbu z Zarszyna, dla samego znalazcy było wielką niespodzianką. Anonimowy odkrywca szukał chrzanu, a znalazł pięć metalowych miseczek, zapewne z brązu, włożonych jedna w drugą. Na początku znalazca nie przypuszczał, że mają one jakakolwiek wartość naukową i pochodzą sprzed n.e. Niestety, część miseczek w trakcie wydobywania uległa zniszczeniu. Archeolodzy w miejscu ich odkrycia przeprowadzili badania i znaleźli metalowe fragmenty czarek oraz naczynia glinianego, co wskazuje, że skarb był w nim ukryty. Przeprowadzili też badania geofizyczne tego terenu, by wykryć anomalie pola magnetycznego. Wskazują one ślady działalności człowieka.

 

 

Z HISTORII

Moja „Kronika” – Stanisław Berbeć-Piotrowski
 
Odcinek XXII

Poniżej przedstawiamy kolejny odcinek „Mojej kroniki” Stanisława Berbecia-Piotrowskiego – jest to fragment zawierający opis ostatnich lat istnienia PRL-u (Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej), lata 1982 - 1986

Rok 1982

2 sierpnia do Strachociny, do proboszcza ks. Ryszarda Muchy, przyjechał jego brat, też ksiądz, proboszcz parafii Niechorz k. Rzeszowa razem z dwiema kandydatkami na siostry zakonne: Bogusławą i Heleną. Prawdopodobnie miały one jechać do parafii Wołkowyja, ale w wyniku rozmowy braci księży pozostały w Strachocinie. Zamieszkały w budynku byłej organistówki.

Przeprowadzono remont kapitalny dachu remizy OSP w Strachocinie. Zmieniono pokrycie dachu na eternit.

25 sierpnia przyjechała z Zabrza następna kandydatka do Zakonu, Rozalia, a 24 listopada kolejna kandydatka - Elżbieta.

Rok 1983

Do parafii Strachocina przyjechała kolejna kandydatka na siostrę zakonną - Helena z woj. białostockiego. Do świetlicy remizy OSP został przeniesiony Urząd Pocztowy. Stało się to bez zgody OSP po wypowiedzeniu poczcie lokum w budynku Józefa Piotrowskiego w górze wsi. W garażu remizy OSP wykonano nową podsufitkę, wstawiono nowe, stalowe drzwi zewnętrzne.

8 września do pomocy proboszczowi parafii Strachocina, ks. Ryszardowi Musze, został oddelegowany przez biskupa ks. Józef Niżnik. Ks. Ryszard Mucha został odwieziony do szpitala w Krakowie.

Papież Jan Paweł II odbył II pielgrzymkę do Ojczyzny – odwiedził wiele miast w całej Polsce.

Rok 1984

25 sierpnia ks. biskup Ignacy Tokarczuk, ordynariusz przemyski, mianował ks. Józefa Niżnika proboszczem parafii w Strachocinie.

20 października został zamordowany koło Włocławka ks. Jerzy Popiełuszko.

7 grudnia powstało w Strachocinie Koło Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej. Opiekunem wspólnoty został ks. Józef Niżnik (Koło organizacyjnie należało do Zakonu w Japonii – red.).

Rok 1985

Ks. proboszcz Ryszard Mucha został przeniesiony do parafii w Łubience k. Zręcina. Parafianie różnie wspominali okres posługi ks. Muchy w Strachocinie. Powtórzyła się historia, która miała miejsce z jego poprzednikiem, ks. Latawcem. Zarzucano ks. Musze, że sam podjął decyzję o budowie nowej plebanii, że sam wynajął brygadę budowlaną, i najważniejsze – że sam obracał funduszami przeznaczonymi na budowę plebanii. Nie wszyscy parafianie złożyli ofiarę na budowę plebanii. Na korzyść ks. Ryszarda Muchy przemawiają fakty. Ukończył budowę plebanii nie pozostawiając żadnego długu. Poza budową plebanii za jego kadencji wykonano szereg innych inwestycji – wybudowano nową organistówkę, pomalowano blaszany dach kościoła, wyremontowano organy, wykonano w kościele instalację nagłośnienia, wykonano dodatkowe, stylowe ławki (wykonali je stolarze z Kostarowiec, Hydziki, ci którzy wykonali przed laty starszą część ławek), wykonano także: boazerię w dolnej części ścian kościoła, dodatkowe konfesjonały, nowy stół – ołtarz posoborowy, dodatkowy krzyż, dekorację Grobu Pańskiego, zakupiono nowe chodniki dywanowe do kościoła. Ksiądz Ryszard Mucha zasłużył sobie na wdzięczną pamięć parafian.

Rok 1986

Awaria bloku – stosu atomowego w elektrowni w Czarnobylu na Ukrainie (wtedy ZSRR). Ludność z okolicznych miejscowości ewakuowano. Pył radioaktywny objął także Polskę. Bardzo duże stężenie było w Ustrzykach Dolnych. Można było i w Strachocinie widzieć na wodzie, na parapetach okien, na liściach drzew, osad pyłu. Rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban oświadczył w radiu i telewizji, że dawka radiologiczna w Polsce nie zagraża zdrowiu (?).

7 grudnia uroczyście poświęcono statuę – figurę Matki Boskiej Niepokalanej w ogrodzie Sióstr Franciszkanek Rycerstwa Niepokalanej w Strachocinie.

 

Z HISTORII

Z dziejów królewskiej wsi Strachocina – Wł. Piotrowski

Odcinek VIII

W 2019 roku obchodziliśmy 650-lecie powstania naszej rodowej „kolebki”, królewskiej wsi Strachocina. W związku z tym jubileuszem przedstawialiśmy cykl „obrazków” z jej dawniejszych dziejów. Mimo że rocznica minęła, chcemy dalej kontynuować ten cykl. W numerze nr 28 „Sztafety” zamieściliśmy odcinek przedstawiający Strachocinę w okresie międzywojennym 1918 - 1939, w kolejnych dwóch częściach przedstawimy naszą rodzinną „kolebkę” w okresie II Wojny Światowej – 1939 – 1945 r.

Strachocina w okresie II Wojny Światowej 1939 – 1945
Część I

Rok 1939 był od wczesnej wiosny bardzo dziwny. Jak pisze nasz kronikarz Stanisław Berbeć-Piotrowski w swojej „Kronice” „…mimo formalnego spokoju wśród mieszkańców dawało się odczuć podniecenie, podenerwowanie, uczucie niepokoju przed nadchodzącym nieszczęściem”. 15 marca Niemcy dokonali najazdu na Czecho-Słowację, zajęli Pragę gwałcąc układ monachijski. Państwo czechosłowackie przestało istnieć, powstał Protektorat Czech i Moraw podporządkowany Niemcom oraz formalnie niepodległa Słowacja, w rzeczywistości także podporządkowana Niemcom. Polska została otoczona przez Niemcy z trzech stron. Niemcy wysunęli roszczenia wobec Polski na Pomorzu. Trwały wielkie „manewry” dyplomatyczne pomiędzy europejskimi potęgami: Niemcami, Francją, Wlk. Brytanią i Związkiem Sowieckim. O tych wszystkich sprawach donosiły istniejące wtedy media – prasa i radio, ale do mieszkańców Strachociny niewiele z tego dochodziło. Gazety czytali tylko nieliczni, odbiorników radiowych było niewiele. Tych nowocześniejszych, lampowych chyba tylko cztery – we dworze, u proboszcza, u kierownika Kopalni i kierownika szkoły. Było we wsi jeszcze kilka aparatów kryształkowych, na słuchawki. Miał taki aparat m.in. ojciec Stanisława, Władysław Berbeć-Piotrowski. Skąpe wiadomości z tych nielicznych źródeł przekazywano sobie nawzajem po wsi.

W marcu zarządzono w kraju częściową mobilizację. W Strachocinie zmobilizowani zostali rezerwiści 14-tego Pułku Ułanów Jazłowieckich we Lwowie: Jan Cecuła, Bronisław Galant i Jan Romerowicz. Powołano ich do „Kawalerii Zmotoryzowanej” w Łańcucie. Pogoda w roku 1939 była wyjątkowo sprzyjająca, zapowiadały się obfite plony na polach. Nikogo to jednak nie cieszyło, w powietrzu czuć było trwogę. Starsi, pamiętający I wojnę światową, bali się wojennej zawieruchy, młodsi bardziej wierzyli w propagandę rządową – marszałek Śmigły-Rydz mówił: „Nie tylko nie damy całej Polski, ale nawet guzika” - i uważali, że wojna potrwa krótko, Polska miała przecież zawarty pakt obronny z Francją i Wielką Brytanią. Trwały przygotowania do wojny. Latem powołano do pułków kolejnych rezerwistów (m.in. kierownika szkoły Mariana Serwę, w szkole zastąpił go Michał Trzciński z Mikołajowa). Większość zmobilizowanych trafiła do 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku. Pod koniec sierpnia wyznaczone wcześniej zaprzęgi konne przygotowywały się do wyjazdu na punkt zborny w sąsiednich Nowosielcach.

2 Pułk Strzelców Podhalańskich z Sanoka, w którym służyła większość Strachoczan, został włączony do Armii „Kraków”, której zadaniem była obrona Górnego Śląska i zachodniej Małopolski. Swój szlak bojowy pułk rozpoczął w okolicy Olkusza. Niestety, już od samego początku wojny, od 1 września, napór wroga był tak silny, że polskie oddziały musiały się natychmiast wycofywać, tocząc bezustanne walki, na linię rzek Nidy i Dunajca, przewidywaną wcześniej w planach wojennych jako ostateczną zaporę dla wroga. Szybko stało się to nieaktualne, błyskawiczne postępy jednostek niemieckich nie pozwoliły na zorganizowanie obrony. Ich przewaga techniczna, w zakresie wyposażenia w artylerię, czołgi, szczególnie samoloty, była ogromna. Oddziały polskie ponosiły duże straty. 6 września z mocno zdezorganizowanych Armii „Kraków” i Armii „Karpaty” utworzona została Armia „Małopolska”. Otrzymała ona zadanie jak najszybciej wycofać się i obsadzić linię Sanu. Rozpoczął się prawdziwy wyścig pomiędzy jednostkami polskimi i niemieckimi o osiągnięcie Sanu. Niestety, Niemcy byli w nim szybsi, szczególnie na odcinku na północ od Przemyśla.

W Strachocinie wojna też dała się już odczuć w piątek, 1 września. W godzinach rannych od strony Krosna słychać było silne detonacje. To był niemiecki atak bombowy na lotniska w Krośnie i Moderówce koło Jasła. Około godz. 9-tej 1 września dotarła do mieszkańców Strachociny straszna wieść – Wojna! Już pod wieczór 1 września dotarli do wsi uciekinierzy, najpierw pojedynczo, później całymi grupami. Szli na wschód, uciekając przed Niemcami. Wśród nich młodzi mężczyźni, którzy podążali do mających się formować na wschodzie nowych jednostek wojskowych. 2 września dołączyli do tych grup także młodzi Strachoczanie. To była ewakuacja ochotników do nowej armii, która miała wykonać polskie kontruderzenie przeciwko Niemcom. W niedzielę, 3 września, w kościele na mszy św. w Strachocinie nie było żadnego dorosłego mężczyzny.

Z kierunku zachodniego do Strachociny zbliżał się szybko nieprzyjaciel. Wieści z walk na przestrzeni od Śląska do Sanu dochodziły do Strachociny na różne sposoby, powodowały wzrost napięcia wśród mieszkańców i poczucia zagrożenia. Bezpośrednie zagrożenie przyszło po kilku dniach. 8 września pod Jasłem zaatakowała niemiecka I Dywizja Górska, którą dowodził generał Ludwig Kuebler. Swój atak na Polskę rozpoczęła ze Słowacji, poprzez przełęcze Beskidu Niskiego, tak więc do Strachociny miała bardzo blisko. Już 9 września, ok. godz. 9-tej wieczorem, jej oddziały wjechały samochodami na rynek w Krośnie, zaskakując zupełnie sztab polskiej 2 Brygady Górskiej Strzelców, który ratował się ucieczką, a 1 Pułk Strzelców Podhalańskich wycofał się na północ. W ręce Niemców wpadła kancelaria brygady i środki łączności. Po zajęciu Krosna grupa „Lang” niemieckiej I Dywizji Górskiej uderzyła na Krościenko, gdzie bataliony polskiej Obrony Narodowej stawiły tylko słaby, bezładny opór. O świcie 10 września resztki tych batalionów wycofały się w różnych kierunkach. W tym samym dniu oddział wydzielony niemieckiej I Dywizji Górskiej "Geiger" rozproszył oddziały polskiej 3 Brygady Górskiej Strzelców pod Rymanowem i Zarszynem i posuwając się wzdłuż linii kolejowej, i szosy z Krosna, zajął opuszczony Sanok. Polacy zdążyli jednak podpalić most na Sanie. To zatrzymało Niemców, ale tylko na krótko. Przeszli oni San w bród w Trepczy i zdobyli przyczółek na jego prawym brzegu. Razem z armią niemiecką Polskę atakowała także armia słowacka (w sile 50 tys. żołnierzy, m..in. Słowacy zdobyli Rymanów).

Cofające się w pośpiechu w kierunku Sanu oddziały polskie nie zatrzymały się w Strachocinie. Niemcy zajęli ją bez walki. Pierwsze patrole niemieckie na motocyklach pokazały się 10 września ok. godz. 10.00. Przejechały szybko przez wieś w kierunku Sanoka. Po południu przez wieś przeszedł oddział kawalerii niemieckiej rekwirują po drodze żywność, m.in. u Błaszczychów-Piotrowskich jaja i kury. Wieczorem kolumna piechoty niemieckiej przemaszerowała „traktem cesarskim”, poza wsią, w stronę Pakoszówki, nie zatrzymując się we wsi. W poniedziałek 11 września w nocy, żołnierze niemieccy weszli do wsi i w ogrodach Antoniego Adamiaka, Galanta i Jana Radwańskiego rozlokowali się poganiacze mułów ze swoimi podopiecznymi. Ryk mułów pobudził śpiących mieszkańców. Rano mieszkańcy z pobliskich domów z ciekawością oglądali te zwierzęta.

Różnymi kanałami dochodziły do mieszkańców Strachociny wieści z frontów w całej Polsce. Niestety, były one coraz gorsze. Armia polska wszędzie cofała się w rozsypce. Jak pisze nasz kronikarz: „żołnierz polski, słabo uzbrojony, wyposażony w przestarzały sprzęt, opuszczony przez Naczelne Dowództwo, pomimo bohaterstwa, nie mógł stawić czoła tej miażdżącej machinie niemieckiej. Lawina stali, żelaza, przewaliła się przez nasze wioski i miasta. Potężna flota powietrzna nieprzyjaciela krążyła bezkarnie w powietrzu siejąc śmierć i zniszczenie”. 17 września 1939 r. na tereny wschodniej części Polski wkroczyła Armia Czerwona. Broniła się jeszcze wtedy Warszawa, twierdza Modlin i Hel nad morzem. Stolica skapitulowała 28 września, dzień później (29 września) Modlin, a 5 października miała miejsce ostatnia bitwa polskich oddziałów gen. Kleeberga pod Kockiem.

Według książki sanockiego historyka Andrzeja Brygidyna pt. „Żołnierskimi rzuceni losami” (wydanej w 1994 r.), który prowadził szczegółowe badania w tej dziedzinie, w kampanii wrześniowej 1939 r. (i walkach na innych frontach II Wojny Światowej) wzięło udział 36 mieszkańców Strachociny. Poniżej ich wykaz:

1. Piotr Adamiak, ur. 24.02.1912 r., syn Franciszka i Katarzyny Mogilanej, 2 pułk Strzelców Podhalańskich (2 psp) w Sanoku,
2. Piotr Buczek, ur. 30.07.1909 r., syn Feliksa i Jadwigi Cecuła, w niewoli niemieckiej do 1945 r.,
3. Władysław Buczek, zmobilizowany w Dębicy,
4. Bronisław Cecuła, zmobilizowany do 2 psp,
5. Franciszek Cecuła, ur. 4.01.1910 r., syn Ignacego i Agaty Buczek, w niewoli niemieckiej do 1945 r.,
6. Jan Cecuła, XIV Pułk Ułanów Jazłowieckich we Lwowie, dostał się do niewoli niemieckiej,
7. Józef Dąbrowski, porucznik rez., ur. 12.03.1888 r., syn Franciszka i Ewy, zamieszkały w Warszawie, dyrektor banku, w niewoli sowieckiej w obozie w Kozielsku, zamordowany w Katyniu,
8. Tomasz Dąbrowski, ur. 18.09.1900 r., syn Franciszka i Marty Radwańskiej, w niewoli niemieckiej do 1945 r.,
9. Antoni Galant, ur. 2.02.1914 r., syn Grzegorza i Balbiny Radwańskiej, zmobilizowany do Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP), w niewoli niemieckiej do 1945 r.,
10. Bronisław Galant, ur. 24.11.1912 r., syn Andrzeja i Salomei Buczek, 10 pułk strzelców konnych, w niewoli niemieckiej do 1945 r.,
11. Józef Janik, ur. 2.10.1907 r., syn Jana i Marianny Adamiak, 2 psp w Sanoku,
12. Józef Kucharski, por. rez., ur. 19.02.1900 r., syn Władysława i Franciszki Radwańskiej „z Górki”, uczeń Gimnazjum w Sanoku w latach 1911 – 1918, skaut, 5.03.1918 r. zmobilizowany do armii austriackiej, ukończył szkołę oficerów rez. w Preszburgu (Bratysławie), przydzielony do 133 pap, wziął udział w walkach na froncie włoskim, pod koniec października 1918 r. wrócił do kraju i 5.11.1918 r. wstąpił do Wojska Polskiego jako ochotnik, przydzielony do tworzonego Batalionu Strzelców Podhalańskich. Walczył w wojskami ukraińskimi od listopada 1918 r. do czerwca 1919 r. na odcinku Zagórz – Chyrów – Sambor. W styczniu 1919 r. w okolicy Chyrowa dostał się do niewoli ukraińskiej, skąd szybko zbiegł. Pod koniec czerwca 1919 r. jako żołnierz 3 pap brał udział w walkach z bolszewikami na Wołyniu, nad Styrem, Horyniem i Słuczą. Jesienią 1919 r. pełnił służbę w 4 pap, a w marcu 1920 r. został skierowany na kurs oficerów gospodarczych, po ukończeniu którego został skierowany do Intendentury DOG Pomorze jako p.o. oficera kasowego przy 16 pac. W sierpniu 1920 r. razem ze swoim pułkiem uczestniczył w Bitwie Warszawskiej i w dalszych walkach w wojnie z Rosją Sowiecką. 1 grudnia 1920 r. awansował na podporucznika w 9 pap. W maju1921 r. został przeniesiony do Szpitala Wojskowego w Chojnicach jako oficer gospodarczy. W końcu 1922 roku w wyniku demobilizacji został zwolniony z wojska. Rozpoczął studia w Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie, potem dwa lata studiował filozofię na UJK, a ukończył Wydział Matematyczno-Przyrodniczy tego Uniwersytetu. W 1926 r. zaczął pracować w Zakładzie Ubezpieczeń od Wypadków we Lwowie. Wkrótce (1928) założył rodzinę. Z małżeństwa z Heleną Kustanowicz miał córkę Barbarę. W latach 1925 i 1928 jako oficer rezerwowy odbył ćwiczenia wojskowe w macierzystym 9 pap. W 1929 roku został przeniesiony do 3 pap, a 18 kwietnia 1931 roku przesunięty do pospolitego ruszenia. W połowie lat 30-tych otrzymał przeniesienie służbowe ze Lwowa do Krakowa, gdzie był jednym z założycieli Oddziału Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Tam też przy ul. Kraszewskiego 2m.15 mieszkał z rodziną do wybuchu wojny. W dniu 3 września otrzymał powołanie do 5 pac w Krakowie. Walczył pod Lwowem, gdzie 18 września dostał się do niewoli sowieckiej i został osadzony w Kozielsku (stamtąd wysłał do żony dwa listy – w grudniu 1939 r. i marcu 1940 r.). Wywieziony z obozu na podstawie listy 040/2 z kwietnia 1940 r. zginął z rąk NKWD w Lesie Katyńskim. Ppor. Józef Kucharski miał kilka odznaczeń, m.in. Krzyż Walecznych, Gwiazdę Przemyśla, Medal Pamiątkowy za Wojnę 1918 – 1921 i odznakę „Orlęta” (informacja z książki A. Brygidyna).
13. Władysław Kucharski, ur. 29.12.1919 r., syn Jana i Zofii Wójtowicz, ochotnik z września 1939 r., służył w kompanii łączności w 5 Dywizji Armii „Kraków”, Szlak bojowy zakończył w Kieleckiem, gdzie zastała go kapitulacja. Po zakopaniu wraz z kolegami całego uzbrojenia oddziału, przedarł się do Strachociny unikając niemieckiej niewoli (szedł pieszo, tylko nocami, omijając posterunki i oddziały niemieckie).
14. Józef Kwolek, ur. 25.09.1910 r., syn Michała i Franciszki Dąbrowskiej, zginął we wrześniu 1939 r.,
15. Marcin Kwolek, ur. 9.11.1912 r., syn Michała i Franciszki Dąbrowskiej, brat Józefa, podoficer zawodowy w pułku czołgów w Żurawicy. Plutonowy. Po kampanii wrześniowej przedarł się na Węgry, następnie przez Jugosławię i Włochy dotarł do Francji. Walczył w kampanii francuskiej w wojsku gen. Sikorskiego. Po wojnie pozostał we Francji,
16. Władysław Kwolek, zmobilizowany do 2 psp w Sanoku. Uciekł z niewoli sowieckiej z obozu w Charkowaie
17. Stanisław Pielech, ur. 17.02.1911 r., syn Wojciecha i Julianny Balik, 2 psp w Sanoku, zginął w Oświęcimiu,
18. Józef Piotrowski „spod stawiska”, ur. 10.04.1910 r., syn Pawła i Katarzyny Radwańskiej, 2 psp,
19. Józef Piotrowski „z Kowalówki”, ur. 31.08.1908 r., syn Andrzeja i Marceliny Romerowicz, 5 psp,
20. Kazimierz Fryń-Piotrowski, ur. 2.02.1912 r., syn Wojciecha i Magdaleny Kwolek. Zmobilizowany w Żurawicy, swoją walkę z Niemcami kontynuował we Francji, a później w Anglii. Służąc w lotnictwie (w obsłudze naziemnej) wziął udział w „Bitwie o Anglię”, po wojnie pozostał w Anglii,
21. Stanisław Berbeć-Piotrowski, ur.7.11.1904 r., syn Antoniego i Wiktorii Kwolek. Walczył w kampanii francuskiej. Następnie w Norwegii w walkach o Narwik w Samodzielnej Brygadzie Strzelców Podhalańskich,
22. Stanisław „Gorlicki”-Piotrowski, ur. 23.03.1906 r., syn Pawła i Katarzyny Radwańskiej, 2 psp w Sanoku,
23. Stanisław Fryń-Piotrowski, ur. 13.04.1917 r,, syn Wojciecha i Magdaleny Kwolek, zmobilizowany do jednostki pancernej w Żurawicy. W niewoli niemieckiej do czerwca 1942 r., następnie przeniesiony na status robotnika rolnego do 1945 r.
24. Stanisław Berbeć-Piotrowski, ur. 11.08.1918 r., syn Władysława i Marcjanny Mogilanej. W 1936 r. wstąpił do Górskiego Batalionu Obrony Narodowej dla Małoletnich przy 2 psp w Sanoku. W 1939 r. służył w Samodzielnej Kompanii Łączności w plutonie radiotelegrafistów w 5 Dywizji Piechoty we Lwowie. Walczył w obronie Warszawy w grupie „Wschód” pod dowództwem gen. Juliusza Zuelaufa. Po kapitulacji Warszawy dostał się do niewoli. Zwolniony po dwóch tygodniach wrócił do Strachociny.
25. Józef Pucz – 8.11.1913 r., syn Marcina i Katarzyny Radwańskiej, 2 psp w Sanoku,
26. Józef Radwański, ur. 1908, syn Tomasza, wyemigrował w 1938 r. do Francji, walczył w wojskach gen. Sikorskiego w kampanii francuskiej,
27. Stanisław Radwański, ur. 7.05.1915 r., syn Józefa i Julianny Wroniak, zmobilizowany w 5 psp,
28. Stefan Radwański, 23.12.1916 r., syn Józefa i Julianny Wroniak, brat Stanisława, zmobilizowany w 38 pp,
29. Szczepan Radwański, syn Józefa, zmobilizowany w 38 pp w Przemyślu,
30. Szczepan Radwański, zmobilizowany w 2 psp w Sanoku, uciekł z niewoli sowieckiej w Charkowie,
31. Władysław Radwański, ranny w kampanii wrześniowej.
32. Jan Romerowicz, ur. 18.05.1912 r., syn Andrzeja i Agnieszki Woźniak, służył w 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich we Lwowie, w szwadronie karabinów maszynowych. Zmobilizowany w marcu 1939 r. do Pułku Kawalerii Zmechanizowanej w Łańcucie. Poległ we wrześniu 1939 r. w bitwie pod Dublanami.
33. Adam Sitek, ur. 24.121914 r., syn Andrzeja i Wiktorii Szymańskiej, służył w 48 Pułku Piechoty w Stanisławowie. Zmobilizowany 1 września 1939 r. do 38 pp w Przemyślu. Po rozwiązaniu pułku pod Lwowem przedzierał się na Węgry. Dostał się do niewoli sowieckiej. Aresztowany, skazany na 3 lata ciężkich robót pracował w Nowosybirsku i Archangielsku. Wstąpił do armii Andersa. Przez Irak, Iran, Indie, Afrykę Południową dotarł do Anglii. Otrzymał przydział do I Dywizji Pancernej gen. Maczka. Brał udział w operacji inwazyjnej, ranny pod Falaise. Powrócił do kraju.
34. Stanisław Sitek, ur. 28.01.1912 r., syn Jana i Magdaleny Szymańskiej. Zmobilizowany do 2 psp w Sanoku,
35. Stanisław Wojtowicz, ur. 10.09.1907 r., syn Pawła i Marianny Adamiak, zmobilizowany do Straży Granicznej. Walczył w Samodzielnej Brygadzie Strzelców Karpackich , w Tobruku, w ramach 2 Korpusu brał udział w walkach o Monte Casino, po wojnie wyjechał do Australii.
36. Piotr Woźniak, ur. 31.01.1915 r., syn Kazimierza i Julianny Pielech, 2 psp w Sanoku.

W wykazie zamieszczonym w książce Brygidyna wprowadziliśmy trochę poprawek, głównie genealogicznych. Prawdopodobnie lista ta nie jest pełna, ale tylko taka jest dostępna. Należy do niej dołączyć także nie pochodzących ze Strachociny, ale blisko z nią związanych, Mariana Serwę, kierownika szkoły, oraz porucznika Bronisława Najdzicza, męża Apoloni z Radwańskich-„Starzyńskich” Najdziczowej (późniejszej długoletniej nauczycielki w Strachocinie). Bronisław Najdzicz dostał się do sowieckiej niewoli i został rozstrzelany w Lesie Katyńskim.

Już 28 września, tuż po kapitulacji Warszawy, w Moskwie zawarto pakt o granicach i przyjaźni pomiędzy Niemcami i Związkiem Sowieckim. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami granica na terenie Polski południowej miała przebiegać wzdłuż rzeki San. Tereny po prawej stronie Sanu przechodziły do Związku Sowieckiego, tereny na lewym brzegu pozostawały przy Niemcach. Strachocinę dzieliło od Sanu w linii prostej zaledwie 7 kilometrów. To było decydujące 7 km, być może nawet na miarę istnienia wsi. Polskie wsie tuż za Sanem zostały praktycznie wymazane z mapy, ich mieszkańcy wywiezieni na wschód, głównie na Syberię, pomarli z głodu i wycieńczenia pracą ponad siły. Pod koniec października Niemcy podzielili zajęte terytorium Polski na dwie części. Wielkopolskę, Pomorze, Śląsk, Zagłębie Dąbrowskie, Kujawy, Mazowsze płockie oraz zachodnią część województw: krakowskiego, kieleckiego i łódzkiego, przyłączono do bezpośrednio Rzeszy. Z pozostałej części utworzono Generalne Gubernatorstwo (GG). Siedzibą gubernatora został Kraków. Strachocina znalazła się w Generalnej Guberni, w powiecie (Landkreis) sanockim dystryktu krakowskiego. Lokalna administracja w GG oparta była częściowo na dawnej administracji polskiej. Językiem urzędowym był język niemiecki, język polski był tylko „dopuszczalny”. Na czele powiatu stał naczelnik, na czele gminy – wójt, wsi – sołtys. Byli oni funkcjonariuszami administracji okupacyjnej. Wójtem gminy Zarszyn, do której należała Strachocina, został mianowany Cupryk, Ukrainiec z Odrzechowej. Ukraińcy byli faworyzowani przez okupacyjne władze niemieckie, szarogęsili się na tych terenach niesamowicie (w Sanoku liczyła się tylko policja ukraińska), miało to historyczne podłoże, ale także zupełnie współczesną politykę grania na konfliktach narodowościowych.

Po zamieszaniu związanym z przejściem frontu już w październiku rozpoczęło się okupacyjne, ciężkie życie. Jednym z pierwszych zarządzeń porządkowych był nakaz zdania do punktów zbiorczych wszystkich aparatów radiowych i zakaz słuchania radia (nie wszyscy się temu podporządkowali). Szybko wprowadzono „kontyngenty”, obowiązkowe dostawy: zboża, ziemniaków, mleka, mięsa, siana, a nawet lnu i konopi. Te obciążenia były nakładane na wieś, dzielenie ich na poszczególne gospodarstwa dokonywała tzw. komisja kontyngentowa powoływana przez sołtysa spośród mieszkańców wsi. Niemcy sporządzili instrukcję dla takiej komisji, która ustalała zasady takiego podziału. Nie znamy składu osobowego tej komisji w Strachocinie, ale wiadomo z powojennych reakcji mieszkańców wsi, że miała ogromnie trudne zadanie, żeby zrobić to w miarę sprawiedliwie. Kontyngenty były niewiarygodnie wysokie, statystycznemu mieszkańcowi wsi pozostawało niewiele na wyżywienie własnej rodziny, w najgorszej sytuacji znaleźli się, jak zawsze, ci najbiedniejsi. Nie mamy danych dotyczących kontyngentów dla Strachociny, ale w sąsiedniej Bażanówce, wsi leżącej w tej samej gminie zbiorczej Zarszyn, powierzchniowo trzykrotnie mniejszej niż Strachocina (ok. 300 ha przy ok. 900 ha strachockich) i ludności o połowę mniejszej, kontyngent w zbożu wynosił w 1940 r. 150 kwintali. W roku 1942 wzrósł do 380 kwintali zboża, a w 1943 r., roku dobrych urodzajów, aż do 950 kwintali zboża i 40 wagonów ziemniaków. W 1942 r. wynosił 700 litrów mleka od każdej krowy (dane pochodzą z innej książki Andrzeja Brygidyna, „Kryptonim SAN”, wydanej w 1992 r.). O pracy komisji kontyngentowej w Strachocinie niewiele wiemy, wiemy tylko, że w wielu wsiach prace takich komisji były źródłem ogromnych konfliktów. Pisze o tym dobrze znany w regionie nauczyciel Józef Stachowicz z Jaćmierza (po wojnie profesor w liceum pedagogicznym i liceum ogólnokształcącym w Sanoku) w swojej książce wspomnieniowej „Miniony czas” (Stachowicz to współrodak strachocki, jego matką była Katarzyna Radwańska ze Strachociny, ur. 1.07.1864 r., córka Macieja Michała Radwańskiego, kuzynka Marii Radwańskiej, pierwszej żony Błażeja Piotrowskiego). W Strachocinie było chyba trochę inaczej, nie pisze o takich konfliktach nasz kronikarz Stanisław Berbeć-Piotrowski w swojej „Kronice”. Czyżby to znowu specyfika Strachociny?

Niemcy zakazali uboju zwierząt hodowlanych, bydła, świń. Właśnie w zakresie hodowli Niemcy prowadzili najbardziej restrykcyjną politykę (w okresie okupacji Strachocina straciła 145 sztuk bydła i 27 koni), przekroczenie zakazu własnego uboju groziło wywiezieniem do obozu koncentracyjnego. Kontrolę zakazu uboju miała ułatwić ścisła rejestracja i kolczykowanie zwierząt. Pilnowała tego policja „granatowa”, zwana w Strachocinie potocznie „kontyngentową”. Mimo tego zakazu wieś jakoś ratowała się i na święta wielkanocne czy jakieś rodzinne uroczystości typu wesele, czy chrzciny, z reguły pojawiały się na stołach wędliny. Jak pisze Zbigniew Fryń-Piotrowski w swoich „Wspomnieniach”, w czasie okupacji trzoda chlewna szczególnie wolno „rosła”. Ukrywano cielaki i świnie w kryjówkach, tajnych piwnicach, na strychach domów, w leśnych ziemiankach. Dokonywano ich potajemnego uboju podmieniając kolczyki. W obiegu były „awaryjne” kolczyki, wyrabiane przez kowali, potrzebne przy okazji niespodziewanej rewizji. Wszystko to działo się mimo dość częstych takich rewizji przez policję „kontyngentową”, czasem z udziałem policjantów niemieckich czy ukraińskich. Hodowano także króliki, które trudno było rejestrować. Niemcy zakazali także mielenia zboża w żarnach. Górne kamienie (ruchome) należało zdać do sołtysa.

Z biegiem czasu reżim okupacyjny był coraz bardziej dotkliwy ale jednocześnie wzrastała determinacja (i pomysłowość) w poszukiwaniu sposobów obejścia zakazów, wyprowadzenia w pole okupanta. Było to potęgowane ogromną biedą. Niestety, nie zawsze się to udawało. Podczas blisko pięciu lat okupacji kilkudziesięciu strachockich gospodarzy było aresztowanych i osadzonych w więzieniu w Sanoku za niewywiązywanie się w całości z dostaw kontyngentu i inne przekroczenia przepisów porządkowych. Po jakimś czasie byli zwalniani do domów. Mimo wszystko, dla Niemców na tym etapie historii, najważniejsza była jak najwydajniejsza praca Polaków na chwałę i zwycięstwo III Rzeszy. W tym wypadku praca na roli, a z żywnością w okupowanej przez Niemców Europie i samych Niemczech był bardzo krucho. Za pokątny ubój bydła Franciszek Radwański przebywał jednak w więzieniu aż sześć miesięcy.

Niemcy przejęli praktycznie majątek dworski w Strachocinie, zarządcą jego został mianowany Niemiec, właścicielka Dydyńska nie miała nic do gadania. Odebrano mieszkańcom wsi (z reguły najbiedniejszym) dzierżawione przez nich od „dworu” tzw. „morgi”. Zmuszano mieszkańców wsi do wykonywania niektórych prac w majątku dworskim bezpłatnie (powrót „pańszczyzny”!). W ramach dbania o większą wydajność gospodarki rolnej (miała dawać więcej produktów okupantowi) wydawano zarządzenia porządkowe, m.in. w sprawie wstawiania okien w oborach, w których przechowywane są zwierzęta. Podano nawet dokładne wymiary tych okien. W szkołach propagowano zakładanie „szkółek drzew owocowych”, uczniów zobowiązano do zbierania ziół leczniczych.

Z każdym rokiem mieszkańcom wsi żyło się coraz ciężej. Wyjątkowy był rok 1942. Zima była bardzo ostra. Od końca grudnia do połowy lutego temperatura wahała się od - 18 st. C do - 30 st. C. Wymarzło dużo drzew. Niemcy rekwirowali we wsi kożuchy, baranie czapki, ciepłe chusty, i wysyłali je na front wschodni dla swoich żołnierzy, którzy atakowali Moskwę i Leningrad. Ogromne kontyngenty spowodowały, że już od wczesnej wiosny zaczął się głód. W biedniejszych, wielodzietnych rodzinach nie było co do ust włożyć. Ludzie puchli z głodu. Wiosną niektórzy ludzie przeszukiwali dworskie pola, tam gdzie jesienią były wykopane ziemniaki, buraki czy brukiew, i szukali resztek. To nic, że były zgniłe, zmarznięte. Zbierali je i gotowali. W niektórych domach gotowano zupę z pokrzyw, lebiody i innych roślin. Zamiast cukru używano lukru z buraków cukrowych, o ile udało się ich trochę ukraść na polu dworskim. W mieście było jeszcze gorzej. Istniał podziemny szmugiel, ale nie wszyscy mogli z niego korzystać. Więc przychodzili do wsi i błagali o kilka ziemniaków, czy parę garści zboża. Oferowali za to bieliznę, ubrania, płaszcze, mimo że sami nie mogli nic kupić nowego w sklepach, nawet mając kartki wydane przez urząd. Na wsi było z tym łatwiej, ludzie siali len i konopie, robili przędzę i załatwiali z tkaczami płótno, z którego mogli sami sporządzać zgrzebną odzież. Czasy, kiedy taką odzież noszono powszechnie nie były przecież tak odległe. Na nogach noszono na co dzień drewniaki własnej roboty.

Jeżeli chodzi o nastroje mieszkańców wsi, to pierwsze dwa miesiące okupacji, wrzesień i październik 1939 r. były okresem ogromnego przygnębienia, które wręcz obezwładniało ich. Wydawało się, że nie ma jakiejkolwiek nadziei na lepszą przyszłość, nie było mowy o jakimś zorganizowanym oporze, mimo że niejednemu burzyła się krew jak widział co się dzieje wokół. Ale już w listopadzie 1939 r. sytuacja się zmieniła. Inicjatorem zorganizowanego oporu przeciwko okupantowi był Stanisław Pielech (prapraprawnuk Marianny Piotrowskiej), kapral rez. 2 Pułku Strzelców Podhalańskich, uczestnik kampanii wrześniowej. Stanisław podczas służby w pułku poznał sierżanta Franciszka Kozaka. W listopadzie 1939 roku spotkał go w Sanoku. Sierżant Kozak zaproponował mu utworzenie na terenie Strachociny Organizacji Podziemnej do walki z okupantem. Stanisław od razu zapalił się do sprawy, przystąpił do działania i rozpoczął werbunek. Utworzył 9-cio osobowy oddział Organizacji w Strachocinie. Byli to: Tadeusz Dąbrowski, Józef Michalski, Jan Kwolek, Stanisław Pielech (komendant), Władysław Pielech, Franciszek „Błażejowski”-Piotrowski, Stanisław Berbeć-Piotrowski, Józef Szymański i Piotr Woźniak. Czterech członków oddziału miało przeszkolenie wojskowe, pięciu – nie. Działalność grupy początkowo ograniczała się do szkolenia wojskowego członków nie posiadających takiego przeszkolenia i do kolportowania wśród mieszkańców wsi wiadomości radiowych o sytuacji politycznej na świecie, przekazywanych przez sierżanta Kozaka. Zebrania grupy odbywały się przeważnie w domu komendanta, Stanisława Pielecha, pod przykrywką nauki gry na instrumentach muzycznych wiejskiej kapeli. Planowano rozszerzenie zakresu działalności i powiększenie grupy. Niestety, nie doszło do tego, działalność grupy zakończyła się tragicznie już na wiosnę 1940 r.

9 maja 1940 r. jednego z członków grupy, Tadeusza Dąbrowskiego prawdopodobnie zadenuncjował na gestapo w Sanoku kolega szkolny z gimnazjum. Tadeusz został aresztowany i osadzony w więzieniu. Koledzy z konspiracji byli jednak zdezorientowani, Tadeusz wcześniej planował ucieczkę na Słowację i dalej, do Francji, tak więc jego zniknięcie nie wzmogło ich czujności. 16 maja w nocy sanockie gestapo zrobiło obławę w Strachocinie na całą grupę i aresztowano czterech członków grupy. Całą sprawę, ze szczegółami obławy, opisał w swojej „Kronice” Stanisław Berbeć-Piotrowski. Ten odcinek „Kroniki” zamieściliśmy w „Sztafecie pokoleń nr 14 z grudnia 2014 r. Autor, Stanisław Berbeć-Piotrowski, członek grupy konspiracyjnej, dzięki ojcu Władysławowi, zdążył, po dramatycznym wyścigu z gestapowcami, uciec przez las do krewniaków w Grabownicy. Gestapo aresztowało Józefa Michalskiego, Stanisława Pielecha, Franciszka „Błażejowskiego”-Piotrowskiego, Piotra Woźniaka, oraz pomyłkowo Władysława Pielecha „Warycza” i Stanisława Błaszczychę-Piotrowskiego. Józef Szymański zdążył uciec przez okno w ostatniej chwili i uratował się. Jana Kwolka nie było w domu.

Aresztowany Stanisław Pielech („Maciuś”) okazał się nie tym, którego poszukiwano i po krótkim wyjaśnieniu gestapowcy zatrzymali „właściwego” Stanisława Pielecha, komendanta grupy. Zatrzymani, Władysław Pielech „Warycz” i Stanisław Błaszczycha-Piotrowski, po trzydniowym okrutnym śledztwie na gestapo w Sanoku, okazali się nie tymi, których poszukiwano i zostali zwolnieni do domów. „Właściwy” Władysław Pielech zdołał uciec, podobnie jak Stanisław Piotrowski (autor „Kroniki”). Niemiłosiernie zmaltretowany Stanisław Błaszczycha-Piotrowski do wspomnień z trzydniowego pobytu w rękach sanockiego gestapo niechętnie wracał do końca życia. W jego przypadku nie bez znaczenia dla zwolnienia były wysokie łapówki przekazywane przez współpracowników ze sanockiej spółdzielni Kółek Rolniczych (w wymienionej wcześnie „Sztafecie” napisano pomyłkowo błędnie, że z „Samopomocy Chłopskiej”, która powstała dopiero w 1945 r, w „nowej” Polsce!). Po dwóch i pół miesiącach, w wyniku starań o zwolnienie, został zwolniony także Piotr Woźniak. Wrócił do domu 1 sierpnia 1940 r. Prawdopodobnie pomogły w tym pieniądze, które ojciec Piotra przywiózł z Argentyny, gdzie pracował na nie długie lata.

Pozostali trzej aresztowani po trzech miesiącach w sanockim więzieniu zostali wywiezieni do więzienia w Tarnowie, a po kilku tygodniach wywieziono ich do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu (KL Auschwitz). Byli to: Józef Michalski, numer obozowy 3668, Stanisław Pielech, numer obozowy 3620, i Franciszek „Błażejowski”-Piotrowski. Jedynie Józef Michalski przeżył obóz. Odzyskał wolność podczas ewakuacji Oświęcimia w 1945 r., pieszego marszu w „nieznane”.

Stanisław Pielech, przewieziony 30 sierpnia z Tarnowa do Oświęcimia, przebywał tam do 25 czerwca 1943 r., kiedy został wywieziony do obozu w Bergen-Belsen. Tam otrzymał numer obozowy 76056. Z Bergen-Belsen został wywieziony 29 lutego do obozu Sachsenhausen. 13 listopada 1944 r. został przeniesiony do obozu Buchenwald (nr obozowy 95455), gdzie zmarł w lutym lub marcu 1945 roku.

Franciszek „Błażejowski”-Piotrowski (stryj prezesa naszego Stowarzyszenia) został także wywieziony z Tarnowa do Oświęcimia. Był to pierwszy transport polskich więźniów do KL Auschwitz, kolega Franciszka, Stanisław Ryniak z Sanoka, otrzymał historyczny numer więzienny 31 (pierwsze 30 numerów otrzymali więźniowie-kryminaliści niemieccy, którzy zostali później dozorcami więziennymi – „kapo”). Franciszek został sanitariuszem, zmarł w 1942 r., bliższe szczegóły jego śmierci nie są znane.

Tadeusz Dąbrowski, od którego zaczęła się „wsypa”, został aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu w Sanoku feralnego dnia 9 maja 1940 r. o godz. 18-tej. Został wywieziony do więzienia w Tarnowie w dniu 9 sierpnia 1940 r., a następnie do obozu w Oświęcimiu. Zmarł po 6-cio miesięcznym pobycie w obozie. Jak się okazało, kolega Tadeusza był agentem gestapo. Prawdopodobnie Tadeusz zwierzył się koledze, że w Strachocinie istnieje grupa Organizacji Podziemnej i on do niej należy.

Być może to tragiczne zdarzenie zaważyło na tym, że Strachoczanie nie angażowali się zbyt mocno w działalność konspiracyjną. Pod względem nasilenia tej działalności daleko było Strachocinie do sąsiednich wiosek, Bażanówki i Jaćmierza, które po wielkiej „wsypie” w siatce ruchu oporu w Sanoku w lutym 1942 r. stały się głównym ośrodkiem tego ruchu w powiecie sanockim. W opracowaniu wspomnianego już Andrzeja Brygidyna „Kryptonim - SAN”, szeroko omawiającym ruch oporu w powiecie sanockim, nie ma żadnych danych dotyczących Strachociny (w przeciwieństwie do sąsiedniej Bażanówki), nie ma nawet opisu wydarzenia opisanego powyżej, nie ma wzmianki o wywózce do KL Auschwitz. Być może wynika to z braku wiedzy autora na ten temat. Ale może także z innego powodu. W końcowej partii swojej książki Brygidyn pisze, że wielu członków działalności konspiracyjnej z obawy przed prześladowaniami, nie tylko w czasie okupacji, ale nawet po wojnie, w Polsce rządzonej przez komunistów, nie zdradzało się nawet przed najbliższą rodziną – swoimi dziećmi – że należeli do AK czy BCh. Bali się prześladowań. Według tradycji wiejskiej swoje oddziały w Strachocinie miała zarówno AK, jak i Bataliony Chłopskie. Oddział „Straży Chłopskiej” należący do BCh, miał jakoby liczyć 82 członków, komendantem był Stanisław Radwański. W samej wsi jednak do żadnej akcji zbrojnej nie doszło.

Okupacja niemiecka była tragicznym czasem dla strachockich Żydów. Nie wiadomo ile rodzin żydowskich mieszkało przed wojną we wsi. Po wojnie wspominano trzy rodziny żydowskie. Rodzina Gierszyniów (wg kronikarza Stanisława Berbecia to rodzina nosząca nazwisko Mark, we wsi nazywano ich Gierszyniami, od imienia ojca rodziny Gerszona) mieszkała w dole wsi, przy drodze do kościoła i Kostarowiec, przed pagórkiem (od strony wsi) na zboczu którego jest cmentarz. Obok ich domu (z karczmą i sklepem) płynął strumyk, prawy dopływ Potoku Różowego (powyżej ich domu, na tym strumyku były dwa stawy rybne). Gerszon miał gospodarstwo rolne, część gruntów dzierżawił w majątku dworskim. Także pracował trochę we dworze, odwoził dworskie mleko do Sanoka. Miał czwórkę dzieci: synów, Ezrę (żonaty, mieszkał w Bukowsku), Mojsze i Abrahama oraz córkę Adaśkę (ta trójka mieszkała z rodzicami). Druga rodzina żydowska mieszkała pośrodku wsi, niedaleko obecnego Domu Ludowego. Była to rodzina Lipy Marka (może to krewniak Gerszona?). Lipa miał także sklep, „towarów mieszanych”, i także czwórkę dzieci, syna Mortka i córki: Chacię, Ryfkę i Małkę. Z rodzicami mieszkała tylko najmłodsza Małka, starsza trójka, z rodzinami, mieszkała w Bukowsku. Trzecia rodzina żydowska, Jojkowie, mieszkała na górnym krańcu wsi, przy wyjeździe do Bażanówki. Też prowadzili sklep i karczmę. Przed wojną sprzedali swój dom ze sklepem i wyprowadzili się najpierw do Sanoka, a przed samym wybuchem wojny wyemigrowali do USA. Prawdopodobnie była także czwarta rodzina, także mówiono o nich Lipy, mieszkali prawdopodobnie w środkowej części wsi, przy „trakcie cesarskim”. Ale to nie jest pewne. Stosunki miejscowych Żydów z mieszkańcami wsi układały się dobrze, byli to chasydzi, porządni ludzie, uczynni, trzymający się na dystans z „gojami”. Podczas szabasu zbierali się u Gerszona na modlitwy, dołączali do nich Żydzi z sąsiednich miejscowości, Kostarowiec i Jurowiec. Do wszystkich prac gospodarskich w czasie szabasu wynajmowali kobiety ze wsi.

Niemieccy okupanci już od razu po zajęciu Polski wprowadzili wszystkie antyżydowskie prawa obowiązujące w krajach przez nich podbitych. Wydali zarządzenie zobowiązujące Żydów do noszenia na przedramieniu „Gwiazdy Dawida”, na potęgę grabili mienie żydowskie a na terenach „galicyjskich” dopuszczali do grabieży żydowskich majątków, sklepów i domów prywatnych, także przez nacjonalistów ukraińskich. Nie inaczej było w Strachocinie. W połowie 1942 r. nastąpiło tzw. „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” (Endloesung der Judenfrage). Władze okupacyjne wydały dekret na mocy którego wszyscy Żydzi z powiatu sanockiego mieli być wysiedleni do getta w Bukowsku (miasteczko na południowy zachód od Sanoka, później zostali przeniesieni do obozu w Zasławiu koło Zagórza). Strachockie rodziny żydowskie nie zastosowały się decyzji o wysiedleniu, uciekły ze swoich domów i ukrywały się we wsi u życzliwych mieszkańców.

Nie trwało to długo, usłużni informatorzy donieśli o tym odpowiednim służbom. Do sołtysa zjechała niemiecka policja, nakazała zwołać zebranie wiejskie, na którym poinformowano, że jeżeli Żydzi nie będą wydani to wieś będzie spacyfikowana. Część uczestników zebrania natychmiast się rozbiegła po wsi i wyłapała Żydów. Zostali oni odwiezieni do getta w Bukowsku, gdzie formalnie się odmeldowali, wręczyli odpowiednio dużą łapówkę i tą samą furmanką wrócili do Strachociny. Ukryli się w strachockich lasach (tak relacjonowali nieżyjący już mieszkańcy wsi). Rodzina Gerszona, on, jego żona Hana, córka Adaśka, synowie Ezra i Mojsze oraz małe dzieci (wnuki Gerszona), ukrywała się przez jakiś czas w lesie na „Szczodrym” i w niektórych domach we wsi (m.in. Mojsze u Kucharskich). Z lasu przychodzili w nocy do wsi po żywność (m.in. do Błaszczychów-Piotrowskich). Niestety, nie trwało to długo, zadenuncjował ich zapewne jakiś mieszkaniec wsi, znalazła ich i zabrała policja niemiecka, wszyscy zostali zamordowani. Według relacji Kazimierza Pisuli z Pakoszówki, był on naocznym świadkiem rozstrzelania rodzeństwa Adaśki i Mojsze Gerszonów ze Strachociny na cmentarzu żydowskim w Sanoku. Zastrzelił ich „granatowy” policjant.

Specyficzną formą walki z okupantem w Polsce była organizacja tajnego nauczania. Niemiecki okupant miał radykalne plany w zakresie edukacji młodych Polaków. Przewidywał dla nich edukację na najniższym poziomie, takim żeby mogli pracować wydajnie na potrzeby tysiącletniej Rzeszy Niemieckiej. Dla Polaków przewidywano tylko zawodowe szkoły średnie. Wiedza ogólna, humanistyczna, nie była dla nich przewidziana. W grudniu 1939 r. pozwolono na wznowienie nauki w szkole podstawowej (szkoły średnie w miastach były zamknięte). Do pracy w szkole przyszedł Stanisław Buczek, strachocki rodak, a także nowa nauczycielka Stefania Dudycz. Szkoła otrzymała nową, „okupacyjną” pieczęć. W styczniu 1940 r. Niemcy zabrali ze szkoły podręczniki szkolne. Zamiast książek do nauki wydawali miesięcznik p.t. „STER”. Miał on zastąpić książki z I-szej, II-giej, III-ciej i IV-tej klasy. Na pierwszych stronicach uczyła się czytać i pisać I-sza klasa, na dalszych stronach „zdobywały” wiedzę pozostałe klasy. Nie wolno było w szkole nauczać języka polskiego, historii i geografii.

Wywołało to zdecydowany opór przejawiający się w organizacji tajnej nauki. Strachocina była pod tym względem organizacyjnie powiązana z Jaćmierzem, bardzo silnym ośrodkiem tajnego nauczania, na czele którego stał wspomniany już wcześniej nauczyciel mgr Józef Stachowicz, (po wojnie profesor liceum pedagogicznego i liceum ogólnokształcącego w Sanoku). Na terenie Strachociny inicjatorem tajnego nauczania był Kazimierz Galant – student prawa, kierował nim kierownik szkoły podstawowej Michał Trzciński. Zajęcia odbywały się m.in. w domach Tomasza Dąbrowskiego i Jana Kucharskiego. Wykładowcami byli: Michał Trzciński, Józef Rysz - prawnik, Kazimierz Galant - student prawa, Helena Haduch-Połdiak - nauczycielka, ks. Kazimierz Lisowicz - proboszcz strachocki (uczył od 1943 r.), Stanisław Buczek. Gdy Niemcy zaczęli ponosić klęski na froncie wschodnim, nauczanie odbywało się nawet w budynku szkoły. W razie „wpadki” uczniowie byli pouczeni jak mają się tłumaczyć. Przewodniczącym Państwowej Komisji Egzaminacyjnej był prof. Józef Stachowicz z Jaćmierza. Komisja podlegała Komisji Gminnej na gminę Zarszyn, której przewodniczącym był Michał Trzciński, ta z kolei podlegała Powiatowej Komisji Oświaty i Kultury w Sanoku. W tajnym nauczaniu w okresie okupacji niemieckiej w Strachocinie brali udział: Janina Adamiak, Magdalena Adamiak, Stanisław Adamiak, Jadwiga Dąbrowska, Maria Dąbrowska, Zofia Dąbrowska, Stanisław Dąbrowski, Władysława Dąbrowska, Ludwika Hyleńska, Kazimierz Kucharski, Bronisława Michalska, Irena Pielech, Zofia Pielech, Jadwiga Pielech, Stefania Giyr-Piotrowska, Tadeusz Giyr-Piotrowski, Kazimiera Puchka, Janina Radwańska, Stefania Winnicka, Józef Winnicki, Stanisław Winnicki, Kazimiera Witek i Kazimiera Wójtowicz.

Jedną z najcięższych opresji okupacyjnych była przymusowa wysyłka na roboty do Niemiec. Niemcy w GG już pod koniec 1939 r. zaprowadzili rejestrację wszystkich mieszkańców zdolnych do pracy w wieku 14 – 60 lat i zobowiązali do pracy na rzecz okupanta. W Strachocinie przymus takiej pracy zaczął się dość niewinnie. W marcu 1940 r. sołtys zwołał zebranie wiejskie, na którym ogłosił nabór ochotników na wyjazd do Niemiec na roboty rolne oraz do fabryk. Prosił o zgłaszanie się, ale po burzliwej dyskusji nie zgłosił się nikt, mimo że na miejscu było bardzo trudno o pracę. Krótko potem niektórzy mieszkańcy (lecz nie ochotnicy), przeważnie młodzi (i biedniejsi) otrzymali imienne karty na wyjazd do roboty. Pierwsza grupa została odesłana przez Arbeitsamt (niemiecki Urząd Pracy) do Austrii. Później były odsyłane dalsze transporty „ochotników”. W pierwszym rzucie zostali przymusowo wysłani na roboty do Niemiec tacy mieszkańcy Strachociny: Albin Adamiak, Bonifacy Adamiak, Cecylia Adamiak, Józef Adamiak, Ludwik Adamiak, Marcin Adamiak, Stanisław Adamiak, Władysław Adamiak, Jan Bańkowski, Józef Buczek, Kazimierz Buczek, Bronisław Cecuła, Stanisław Ćwiąkała, Adam Daszyk, Antoni Galant, Józef Galant, Kazimierz Galant, Kazimierz II Galant, Leonia Galant, Jan Hyleński, Jan Janik, Józef Klimkowski, Piotr Kwolek, Kazimierz Lisowski, Władysław Lisowski, Paweł Michalski, Piotr Michalski, Bronisław Mogilany, Jan Mogilany, Ludwik Mogilany, Jan Pielech, Janina Pielech, Maria Pielech, Mieczysław Pielech, Bronisław Szum-Piotrowski, Józef Pisula, Aniela Radwańska, Kazimiera Radwańska, Bronisław Radwański, Bronisław II Radwański, Franciszek Radwański, Kazimierz Radwański, Michał Radwański, Piotr Radwański, Stanisław Radwański, Tadeusz Radwański, Zygmunt Radwański, Edward Romerowicz, Józef Romerowicz, Stanisław Romerowicz, Józef Sitek, Szczepan Sitek, Marcjanna Szymańska, Maria Winnicka, Piotr Woźniczyszyn, Bronisław Woźniak, Stanisław Woźniak.

Przymusowa praca miała często niebezpieczny przebieg - Piotr Woźniczyszyn, wywieziony na roboty przymusowe do Austrii (pracował w gospodarstwie rolnym), został za jakieś przekroczenie oskarżony przez swojego „bauera” na policji. Aresztowany, najpierw siedział w więzieniu w Linzu, później w więzieniu w Strasburgu. Skazany przez sąd na pobyt w obozie koncentracyjnym, został wywieziony do Dachau. Po odbyciu półrocznej kary powrócił do pracy w Austrii, ale do innego „bauera”. Ale były i przypadki, że gospodarz („bauer”) potrafił dobrze żyć z przymusowymi pracownikami z Polski, w sumie powinno mu przecież zależeć, żeby oni dobrze pracowali, nie tylko „pod knutem”.

Z biegiem czasu Niemcy zorganizowali przymusową pracę także na miejscu. Utworzyli w Sanoku oddział organizacji „Baudienst” (Służba Pracy w budownictwie). „Junacy” ze Strachociny zostali skierowani do przymusowej pracy w kamieniołomie w Trepczy. Ze Strachociny byli to: Mieczysław Dąbrowski, Władysław Pielech i Kazimierz Cecuła. W kolejnej grupie powołanych „junaków” znaleźli się: Franciszek Buczek, Józef Cecuła, Szczepan Cecuła, Bronisław Dąbrowski, Józef Galant, Dionizy Klimkowski, Mieczysław Kucharski, Bronisław Pielech, Stanisław „Błażejowski”- Piotrowski, Józef Radwański, Eugeniusz Radwański, Marcin Radwański, Michał Radwański, Franciszek Romerowicz, Stanisław Sitek i Władysław Witek. Stanisław „Błażejowski” - Piotrowski uciekł z „Baudienstu” i ukrywał się. Józefowi Galantowi skradziono koc. Kupił podobny, ale przy zdawaniu koca, gdy miał już być zwolniony, zauważono że, koc nie ma pieczęci. Za karę otrzymał dodatkowe trzy miesiące ciężkich robót przy wapnie.

c d n      

 

ZE SPORTU

Piłkarze Górnika Strachocina w tym sezonie grają w krośnieńskiej klasie A. Spisują się nieźle, chyba na miarę swoich możliwości. Na sześć kolejek przed końcem sezonu zajmowali 7 miejsce w tabeli z dorobkiem 27 punktów, tuż przed Brzozovią Brzozów też 27 pkt i tuż za Zgodą Zarszyn (ale 32 pkt). Do mistrza Bukowianki Bukowsko (52 pkt) tracą bardzo dużo punktów, podobnie jak do wicelidera Sanovii Lesko (44 pkt), ale zdecydowanie wyprzedzają odwiecznego rywala Orzeł Bażanówkę (11 miejsce, 17 pkt) i Osławę Zagórz (13 pkt, na miejscu spadkowym). Inni sąsiedzi Górnika, Wiktoria Pakoszówka, Jutrzenka Jaćmierz czy Szarotka Nowosielce, grają w klasie niżej, B klasie.

Najlepsze drużyny Podkarpacia (właściwego!) w IV lidze futbolowej spisują się różnie. Karpaty Krosno zajmują 3 miejsce z 61 pkt, ale lider daleko. Gorzej wiedzie się Ekobalowi Sanok - jest na 12 miejscu z 40 pkt. Ale spadek mu nie grozi. W lidze okręgowej lideruje Start Rymanów z 62 pkt, przed Czarnymi Jasło - 56 pkt. Wiki Sanok dopiero na 12 miejscu z 36 pkt. Spadek mu nie grozi, wyprzedza „spadkowiczów” o 20 pkt.

Sanoccy hokeiści, którzy startowali w tym sezonie jako STS Sanok w sezonie zasadniczym ekstraklasy zajęli 7 miejsce i zakwalifikowali się do fazy play off. Niestety, w ćwierć finale ulegli późniejszemu wicemistrzowi Unii Oświęcim. Mistrzem Polski został GKS Katowice.

 

 

ODESZLI OD NAS

Jadwiga z Mieleckich Radwańska ze Strachociny

20 lipca 2020 r. zmarła w Strachocinie, w wieku 91 lat, Jadwiga Mielecka, córka Katarzyny z Wołaczów-Piotrowskich i Józefa Mieleckich. Jadwiga, urodzona 8.03.1928 r., była wdową po Kazimierzu Radwańskim (ur. 27.09.1921 r.), który zginął w wypadku w szybie kopalni Strachocina (+30.06.1955 r.). Jadwiga miała dwoje dzieci, Wiesławę i Romana, i sześcioro wnuków: Krzysztofa, Katarzynę i Annę (dzieci Wiesławy i Augustyna), oraz Karola, Kingę i Mateusza (dzieci Romana i Anny). Została pochowana na cmentarzu w Strachocinie.

Stanisław Piotrowski „Spod Mogiły” z Ustrzyk Dolnych

2 grudnia 2021 r. w Ustrzykach Dln. zmarł w wieku 92 lat Stanisław Piotrowski „Spod Mogiły”, syn Tomasza i Pauliny z Radwańskich. Stanisław urodził się 7.05.1929 r. w Strachocinie. Żonaty był z Ireną Florek, z którą miał dwóch synów: Andrzeja (ur. 1958 r.) i Waldemara (ur. 1960 r.), oraz czworo wnucząt: Agatę i Krzysztofa (dzieci Andrzeja i Barbary) oraz Magdalenę i Dariusza (dzieci Waldemara i Grażyny). Stanisław na emeryturze długo mieszkał w domu rodzinnym „pod mogiłą” w Strachocinie (obok remizy OSP i Domu Ludowego), dopiero w późnej starości przeniósł się do syna, do Ustrzyk Dolnych. Jako młody chłopak ukończył metalową szkołę zawodową w Sanoku, do emerytury pracował w swoim zawodzie najpierw w Sanoku, później w Ustrzykach.

Jan Piotrowski „Spod Mogiły” z Ustrzyk Dolnych

W grudniu, w Ustrzykach Dln., zmarł kuzyn Stanisława, Jan Piotrowski „spod mogiły”, syn Józefy. Jan urodził się 20.06.1939 r. w Strachocinie. Ukończył metalową szkołę zawodową w Sanoku, podjął pracę śladem kuzyna w Ustrzykach Dln., i tam osiadł na całe życie. Ożenił się z Natalią, z którą miał dwóch synów: Romualda (ur. 1963 r.) i Marka (ur. 1968 r.), oraz czworo wnucząt: Karolinę i Paulinę (córki Romualda i Anity) i Alicję i Patryka (dzieci Marka i Małgorzaty). Jan z rodziną brał aktywny udział w Zjazdach Potomków Stefana Piotrowskiego ze Strachociny w 2007 i 2017 r. w Strachocinie.

Tadeusz Radwański ze Strachociny

26 grudnia 2021 w Strachocinie zmarł Tadeusz Radwański, syn Franciszka i Marcjanny Wroniak, stryj Marty z Radwańskich Berbeć-Piotrowskiej, żony Waldemara Berbeć-Piotrowskiego. Tadeusz ur. 28.05.1943 r., żonaty był z Heleną Pielech, córką Stefanii z Kucharskich „z Górki” i Stanisława Pielechów.

Marianna z Radwańskich „Błażejowska”-Piotrowska ze Strachociny

2 stycznia 2022 r. zmarła w Sanoku w wieku 96 lat Marianna z Radwańskich „Błażejowska”-Piotrowska ze Strachociny. Marianna urodziła się 15 sierpnia 1925 r. w Strachocinie, była córką Antoniego Radwańskiego i Małgorzaty Cecuła. Wyszła za mąż za Stanisława „Błażejowskiego”-Piotrowskiego, z którym miała dwoje dzieci, Helenę (ur. 1949 r.) i Franciszka (ur. 1951 r.). Syn Franciszek jest prezesem naszego Stowarzyszenia Piotrowskich ze Strachociny. Pod koniec życia Marianna zamieszkała u swojej córki Heleny w Sanoku.

Genowefa z Futymów Giyr-Piotrowska ze Strachociny

5 stycznia 2022 r. zmarła w Strachocinie Genowefa Giyr-Piotrowska, z domu Futyma, żona Józefa Mieczysława Giyra-Piotrowskiego. Genowefa i Józef mieli dwoje dzieci: Bogdana (ur. 65 r.) i Teresę (ur. 68 r.), oraz czworo wnucząt: Damiana i Magdalenę (dzieci Bogdana i Anny), oraz Sławomira i Sabinę (dzieci Teresy i Andrzeja). Genowefa została pochowana w Strachocinie.

Kazimiera z Galantów Daszyk ze Strachociny

W marcu 2022 roku zmarła w Strachocinie, w wieku 90 lat, Kazimiera z Galantów Daszyk ze Strachociny, wdowa po Stanisławie Daszyku, wnuku Katarzyny z Szumów-Piotrowskich i Józefa Daszyków. Kazimiera urodziła się 12 lipca 1931 r. Była córką Franciszka Galanta i Wiktorii Cecuła. Ze Stanisławem mieli troje dzieci, synów: Mariana, Wacława i Tadeusza, Doczekali się siedmiu wnuków: Anny i Przemysława (dzieci Wacława i Elżbiety Kwolek) i Grażyny, Martyny, Przemysława, Bartosza i Wiktorii (dzieci Tadeusza i Marzeny Woźniak). Syn Kazimiery, Marian Daszyk, był posłem na Sejm V kadencji, radnym wojewódzkiego sejmiku Podkarpacia i wieloletnim sołtysem Strachociny. Kazimiera została pochowana na cmentarzu w Strachocinie 2 kwietnia 2022 r.

Władysław Giyr-Piotrowski z Sanoka

W kwietniu 2022 r. zmarł w Sanoku Władysław Giyr-Piotrowski, syn Michała i Marianny Galant. Władysław Stanisław urodził się 9 sierpnia 1929 r. w Strachocinie. Ożenił się Marianną Daszyk, córką Józefa i Wiktorii z Dąbrowskich. Miał z nią dwoje dzieci, Lucynę i Janusza (Janusz ma dwie córki, Kamilę i Monikę). Władysław był jednym ze współ-redaktorów naszego opracowania „Piotrowscy ze Strachociny – Genealogia rodu i zarys najdawniejszych dziejów” z 2005 r.

 

NOWINY GENEALOGICZNE

Od Jadwigi Fryń-Piotrowskiej z Głogowa, wdowy po Zdzisławie Fryniu-Piotrowskim, otrzymaliśmy list z uzupełnieniami „drzewka” genealogicznego potomków Stanisława Frynia-Piotrowskiego, syna Wojciecha. Po uzupełnieniach „drzewko” wygląda jak poniżej:

Alicja Dziuban z Sanoka, córka Michaliny z Błaszczychów-Piotrowskich Nebesio, wdowa po Jerzym Dziubanie, przysłała uzupełnienie do „drzewka” genealogicznegi jej rodziny - informację o narodzinach 23 listopada 2021 r. wnuczka Jana Kazimierza, syna Katarzyny i Michała Króla. To „drzewko” po uzupełnieniu o noszącego „królewskie” imię (imiona) wnuczka wygląda jak poniżej:

29 stycznia 2022 r. w Międzybrodziu k. Sanoka, w dawnej cerkiewce, odbył się ślub Marceliny Nebesio, córki Róży z Ławrynowiczów i Jana (syn Michaliny z Błaszczychów-Piotrowskich), z Marcinem Woźniakiem z Lublina. O Marcelinie, swojej córce, pisała w „Sztafecie” nr 27 jej mama Róża tak: „Młodsza Marcelina studiowała przez 5 lat filozofię na UMCS-ie w Lublinie (ona nie wyobraża sobie, by nie miała studiować filozofii). Marcelina przez te 5 lat jeździła po świecie tańcząc w Zespole Tańca Ludowego UMCS i chociaż miała zdane wszystkie egzaminy to nie napisała pracy magisterskiej i tak zostało. Potem w Warszawie skończyła Policealną Szkołę Ortoptystek (ortoptyka to leczenie wad wzroku poprzez ćwiczenia rehabilitacyjne) i pracuje obecnie w przychodni w Lublinie przyjeżdżając co tydzień na weekend do nas do Sanoka”. O Marcinie, mężu Marceliny, nie wiemy nic, tylko tyle, że nosi „strachockie” nazwisko Woźniak i mieszka w Lublinie. O ślubie i weselu mama Marceliny, Róża, napisała więcej – patrz w „Listach od Czytelników”.

 

 

LISTY OD CZYTELNIKÓW

Od Pani Jadwigi Fryń-Piotrowskiej z Głogowa, wdowy po Zdzisławie, otrzymaliśmy list z podziękowaniami za „Sztafetę” i kilkoma istotnymi sprostowaniami i uzupełnieniami do naszej rubryki genealogicznej. Prawidłowe „drzewko” genealogiczne fragmentu Fryniów-Piotrowskich zapoczątkowanego przez Stanisława, syna Wojciecha, zamieściliśmy w rubryce „NOWINY GENEALOGICZNE”. Dziękujemy Pani Jadwidze za list i szybką reakcję na błędy, które znalazły się w naszej „genealogii”.

Zygmunt Ćwiąkała (syn Marcjanny z Giyrów-Piotrowskich) z żoną Jadwigą, wędrowali w ubiegłym roku po kresach wschodnich współczesnej Polski. O tej wędrówce Zygmunt opowiedział nam w dłuższej rozmowie telefonicznej. Część tej rozmowy, dotyczącą północnej części wędrówki – po Podlasiu (bardzo ciekawej), zamieściliśmy w poprzednim numerze „Sztafety” (nr 28), ale na opowieść o Podkarpaciu – rodzinnej Strachociny i Bieszczadów nie wystarczyło miejsca. W Strachocinie Zygmunt skupił się na Bobolówce i pobliskim cmentarzu. Bobolówkę sprzed lat Zygmunt zna jak własną kieszeń, rodzinny dom Ćwiąkałów w górze wsi został spalony podczas działań wojennych w 1944 r. i rodzina po wojnie zamieszkała w dworskiej „służbówce” na Bobolówce. Zygmunt spędził tam dzieciństwo, mieszkał do 14 roku życia, do czasu wyjazdu do szkoły średniej. Pokazywał żonie oczko wodne, gdzie płoszył żaby (razem z piszącym te słowa), resztki pięknego parku z potężnymi, wiekowymi dębami, ślady po zabudowaniach dworskich i „pałacyku” Dydyńskich. W Bieszczadach odwiedzili Komańczę, gdzie przebywał w „domowym więzieniu”, u Sióstr Nazaretanek, kardynał arcybiskup Stefan Wyszyński przed 1956 r., oraz Rzepedź, gdzie Zygmunt bywał u swojego starszego brata Bronisława, który na kilka lat przeniósł się tam ze Strachociny. Pełny opis całej „wędrówki” Zygmunta z żoną zająłby całą „Sztafetę”. Zygmunt, dziękujemy za ciekawą relację

Od naszej koleżanki „redakcyjnej”, Małgorzaty Dąbrowskiej z Sanoka, córki Władysławy z Błaszczychów-Piotrowskich Sawczak, otrzymujemy regularnie sympatyczne przesyłki mailowe z informacjami rodzinnymi i informacjami z ukochanego przez nią Sanoka. Małgorzata pisze o przebiegu walki z pandemią korona-wirusa, zarówno w rodzinie jak i w całym Sanoku (mieszka przy ulicy prowadzącej do szpitala), o potężnych wichurach i stratach jakie poczyniły, o amerykańskich żołnierzach na Podkarpaciu, o spotkaniu z 97-letnią Zofią Dembicką, synową generała (Ck. Feldmarchall-leutnant) Adama Dembickiego von Wrocień (Wroczeń), o którym pisaliśmy w „Sztafecie” nr 23, o uchodźcach z Ukrainy, o spotkaniu rodzinnym sanockich Błaszczychów-Piotrowskich, o którym piszemy więcej w innym miejscu. Pani Małgosiu – dziękujemy.

Od pana Andrzeja Giyra-Piotrowskiego z Zarszyna, sekretarza gminy Zarszyn, otrzymaliśmy list i okolicznościowy numer „Głosu Zarszyna (patrz ROZMAITOŚCI), który przybliża nam wiekopomny czas Wielkiej „Solidarności” w Polsce (ok. 10 mln członków!), w tym także w Zarszynie i okolicy, a także opisuje tragedię „stanu wojennego”. Andrzej, tak jak wielu potomków Stefana Piotrowskiego w całym kraju, brał aktywny udział w tych historycznych wydarzeniach. Miał wtedy dwadzieścia lat, wiek w którym takie wydarzenia przeżywa się wyjątkowo głęboko i z poświęceniem bierze w nich udział. Andrzej ma ogromną satysfakcję ze swojego udziału, a także z ostatecznego zwycięstwa w walce o wolność Polski kilka lat później. Dziękuje za „Sztafetę pokoleń”, mile wspomina wigilię w Strachocinie, wigilijny strachocki kwas wigilijny i gołąbki („chałubcie”), przesyła życzenia Świąteczne i Noworoczne – panie Andrzeju, serdecznie dziękujemy za przesyłkę i życzenia.

Od pani Wiesławy z Radwańskich Pielech ze Strachociny, wnuczki Katarzyny z Wołaczów-Piotrowskich, otrzymaliśmy piękne życzenia z okazji Bożego Narodzenia i Nowego Roku 2022. Przy okazji Wiesława przekazała nam trochę wiadomości o rodzinie. Jej dziadek Antoni Radwański, żonaty z Małgorzatą Cecułą, miał oprócz dwóch synów, Kazimierza (ojca Wiesławy) i Józefa, oraz trzech córek: Bronisławy, Marianny i Władysławy, także czwartą córkę, o której nie napisaliśmy w naszym „portrecie” Radwańskich. Była to Helena (już nie żyje), która mieszkała w Sanoku i miała dwie córki: Jolantę i Elżbietę. Wiesława poinformowała nas także o śmierci (20.07.2020 r.), w wieku 91 lat, swojej mamy Jadwigi z Mieleckich. Wspomniała także swojego ojca Kazimierza, który w wieku 35 lat zginął w wypadku na Kopalni Strachocina (30.06.1955 r.). Był mechanikiem na wiertni. Oczywiście, życzenia świąteczne Wiesława przysłała nam razem z mężem Augustynem (Gustkiem) i rodziną. Bardzo dziękujemy i za życzenia i za ciekawe informacje rodzinne.

Od Róży Nebesio z Sanoka, żony Jana, syna Michaliny z Błaszczychów-Piotrowskich, otrzymujemy zawsze ciekawe listy. Tym razem był on polityczny, wstrząsający; „… Jesteśmy wstrząśnięci tym co się dzieje, śledzimy na bieżąco wydarzenia na Ukrainie. Szaleństwo Putina w głowie się nie mieści. Wszystko to stalinowskie metody Rosjan. Przeżywamy tragedię ludzi i niesamowity napływ ich do Polski. Obserwujemy przejazd wozów policyjnych transportujących autobusy (np. 5 samochodów policyjnych pod rząd na sygnale i 2 autobusy uchodźców - było o tym też w portalu sanockim esanok) czy też kilka dni temu przelot myśliwców na granicę. Wprowadzono drugi stopień alarmowy BRAVO na terenie województw lubelskiego i podkarpackiego. A my wciąż nie możemy uwierzyć, że to się dzieje naprawdę! (...) A Ukraińcy? 30 lat temu trzeba przyznać traktowaliśmy ich z góry. Jak biedotę, nieledwie naszą służbę gdy tu przyjeżdżali... Jak ich teraz podziwiamy! Stali się bohaterami Europy! Czy w innym narodzie byłaby taka chęć walki? Opuszczenie bezpiecznego miejsca żeby wrócić, bo ojczyzna w potrzebie? W Europie takie cechy chyba się rozpłynęły w dobrobycie... A komik? "Sługa narodu"? Stał się mężem stanu i bohaterskim prezydentem, który nie wyjeżdża, a trwa! Gdy dzieją się rzeczy straszne, równocześnie z ludzi wydobywają się pokłady dobra. Na naszych granicach państwo i samorządy robią wszystko by sprawnie i gościnnie przyjąć uchodźców... Z pozdrowieniem i wiarą, że Polska przetrwa ten trudny czas - Róża i Jan"

Wcześniej otrzymaliśmy od pani Róży bardzo ciekawy list z okazji ślubu jej córki Marceliny w Międzybrodziu k. Sanoka.
„Dlaczego w Międzybrodziu? Tak Marcelinka chciała, gdyż ta biała cerkiewka (obecnie filia kościoła w Trepczy) obok lasów nad przepastnym brzegiem Sanu na pustkowiu położona (ok. 10 km od naszego domu w Sanoku) jest miejscem ulubionym naszych wypadów pieszych czy też rowerowych począwszy od dziecinnych lat naszych córek. Ciekawa jest też okazała piramida obok cerkiewki - jest to grobowiec rodziny Kulczyckich z lat 30. XX w.


 
Sesja ślubna w Międzybrodziu przy pomniku Jana Pawła II (zza głowy Marcelinki wystaje piramida Kulczyckich)

W następnym dniu tj. 30 stycznia 2022 r. młodzi mieli ekstremalną ze względu na warunki pogodowe sesję ślubną (silny wiatr, mróz i na zmianę deszcz i mokry śnieg). A w dzień ślubu chyba zadziałało fatum ślubne, gdyż okazało się, że wszyscy wyjechali na Mszę św. do Międzybrodzia, zaś my wyszedłszy z domu zostaliśmy na lodzie dosłownie i w przenośni. Zapomniałam umówić się wcześniej co do auta jakim pojedziemy i tak to wszyscy wyjechali, a ja z Jankiem i Marzeną (siostrą Marceliny, świadkiem ślubnym!) zostaliśmy bez środka transportu. Na szczęście są komórki i zainterweniowaliśmy do Pana Młodego, który zawrócił kogoś po nas i tym sposobem spóźnieni 10 minut dotarliśmy do celu.


 
Sesja ślubna na Rynku w Sanoku, przed Magistratem, w towarzystwie grupy rekonstrukcyjnej - z prawej strony stoi Bartosz Przybylski znany nam z występów podczas II Zjazdu Rodziny Piotrowskich w Strachocinie w 2017 r.

Co do przypadków to zdarzył się jeszcze jeden, Grzesiek (nasz zięć) po ślubie odstawił auto do domu wraz ze szpilkami Ewy (siostra Marceliny). I było po musztardzie - Ewa na przyjęciu została w strojnej sukni i w zimowych butach. Natomiast ksiądz na nas cierpliwie czekał (a głównie pewnie na świadka). W lodowatym kościółku (brak ogrzewania ze względu na ikony) podczas Mszy św. oprócz organów przygrywali przyjaciele na skrzypcach, gitarze i cymbałach. Na przyjęcie był sprowadzony z Pruszkowa As Iluzji. Robił pokazy ogólne, a też krążył wokół stolików indywidualnie czarując np. Marcelinka podpisała markerem złotówkę, (którą jej daliśmy) i którą potem ściskali wspólnie z Marcinem. Po otwarciu dłoni ta podpisana złotówka była wpół zgięta. Młody człowiek o niesamowitej zręczności zadziwiał nas - sztuczek było mnóstwo. Marcelina zostawiła sobie swoje nazwisko i teraz nazywa się Marcelina Nebesio-Woźniak.


 
Młoda Para ze świadkami (siostrą Marzeną i Maćkiem - bratem Marcina, trzyma on prezent od księdza - obraz Anioła Stróża

 

 
Cerkiewka widziana z szosy z Sanoka do Mrzygłodu, biała, na tle zalesionej góry.

 

 

ROZMAITOŚCI

1. Ks. prałat Kazimierz Piotrowski („z Kowalówki”) i Stefan Kosiarski

W „Sztafecie pokoleń” nr 27 z czerwca 2021 roku zamieściliśmy informację z listu Róży Nebesio o spotkaniu rodziny Nebesiów z panem Stefanem Kosiarskim z Pastwisk k/Odrzechowej na Podkarpaciu i o książce pana Stefana „Tego nie mogę zapomnieć”. Pan Stefan Kosiarski był niezwykle ciekawym człowiekiem – harcerz, żołnierz AK, więzień UB, inżynier rolnictwa, pszczelarz, dyrektor Zakładu Doświadczalnego krakowskiego Instytutu Zootechniki w Pastwiskach koło Odrzechowej. Gościł u siebie w Pastwiskach często ks. arcybiskupa kardynała Karola Wojtyłę, był jego przyjacielem, był jego przyjacielem także później, kiedy kardynał został papieżem Janem Pawłem II. O swojej przyjaźni z kardynałem Karolem Wojtyłą i papieżem, Świętym Janem Pawłem II, Stefan Kosiarski napisał powyżej wspomnianą książkę. Napisał ją przy wydatnej pomocy księdza Kazimierza, którą (pomoc) Wydawca książki (Krośnieńska Oficyna Wydawnicza) określił krótko: „Wspomnieniami podzielił się Stefan Kosiarski, przez swoje serce przepuścił i zapisał ks. Kazimierz Piotrowski”. O przyjaźni ks. Kazimierza ze Stefanem Kosiarskim i o okolicznościach powstania książki obiecaliśmy szerzej napisać w kolejnej „Sztafecie”. Robimy to tutaj, a właściwie robi to sam ks. Kazimierz we Wstępie i Epilogu do książki:

Wstęp: „Moja znajomość z Panem Stefanem Kosiarskim trwa już ponad dwadzieścia lat. Początkowo były to przygodne spotkania z okazji odpustu świętego Józefa Robotnika (1 maja) w dojazdowej kaplicy w miejscowości Pastwiska, w powiecie krośnieńskim, gdzie od 1967 roku zamieszkał Pan Stefan ze swoją rodziną. Za duszpasterzowania ks. Jana Szyndlara, proboszcza parafii Głębokie, do której należą Pastwiska, został tu wzniesiony niewielki kościółek, by tutejsi mieszkańcy, którym droga do parafialnego kościoła wydłużyła się po wybudowaniu zapory na Wisłoku, nie musieli pokonywać tak znacznej odległości.
Było coś, co nas trochę łączyło. Wiedziałem, że jest świetnym pszczelarzem. Był więc punkt zaczepienia do rozmowy, wszak temat ten mnie interesował. Wiedziałem też, że miał wcześniej kontakty z ks. kardynałem Karolem Wojtyłą, gdy ten przez kilka lat przyjeżdżał w te strony na odpoczynek. Szczególną moją uwagę zwrócił Pan Stefan na siebie, gdy w czasie wizytacji kanonicznej w 1987 r., witał Dostojnego Gościa, Ks. Bpa Stefana Moskwę w imieniu wszystkich zebranych w kaplicy. Nigdy w życiu nie słyszałem piękniejszego przemówienia z takiej okazji. Czynił to z ogromną łatwością, uśmiechem na twarzy, rzeczowo i piękną polszczyzną. Widać było, że to były jego słowa spontaniczne, nie wyuczone, płynące z serca.
Po śmierci proboszcza – Ks. Jana, który był przyjacielem domu Państwa Kosiarskich, zauważyłem, że Zacni Państwo spotkanie ze mną przyjmują z zadowoleniem i radością. Po prostu widzieli we mnie przedłużenie tamtej generacji kapłanów, którą prezentował zmarły proboszcz. Początkowo bardzo sporadycznie i nieśmiało zachodziłem do Państwa Kosiarskich. Mogło to być raz lub dwa razy w roku. Zdawałem sobie sprawę, że takich jak ja, pragnących z nimi spotkania, jest wielu. Przyszedł czas, że odczułem, iż jestem traktowany jako przyjaciel.
Opowiadania Pana Stefana pozwalały mi poznać jego mądrość, szlachetność i dobroć serca, co sprawiało, że bardzo do niego przylgnąłem i obdarzyłem dużym szacunkiem, z jakim zresztą pozostałem do dzisiaj. Tematy o jego spotkaniach z Ks. Kard. Karolem Wojtyłą, a potem z Ojcem Świętym Janem Pawłem II na Watykanie, były tak interesujące, że można je było słuchać w nieskończoność.
Któregoś dnia zapytałem:
        - Panie Stefanie, czy te Pana relacje i przeżycia ktoś udokumentował pisemnie?
        - Tylko fragmentarycznie – padła odpowiedź – zapisane przez różnych dziennikarzy, których najbardziej interesował pobyt Ks. Kardynała Wojtyły na Beskidzkiej ziemi czy w ogóle Bieszczadach.
Kiedy zauważyłem, że olbrzymie połacie przeżyć nie doczekały się dokumentacji pisemnej, poczułem, że będzie to moja powinność. Na licznych spotkaniach z moim Przyjacielem (po pewnym czasie mogłem tak Pana Stefana nazwać) – chłonąłem te przepiękne wspomnienia, wchodziłem w ich atmosferę i niejako utożsamiałem się z ich bohaterem, by potem przelać wszystko na papier. Tak oto zrodziła się publikacja, która ma za zadanie odsłonić nieznaną ogółowi przygodę Pana Kosiarskiego, ale też przygodę Jana Pawła II.

Z tej „niezwykłej przygody” możemy jeszcze lepiej poznać „naszego” Ojca Świętego.”

Jeszcze raz o przyjaźni z Panem Stefanem Kosiarskim mówi ciekawie ks. Kazimierz w Epilogu załączonym do książki. Wspomina w nim słowa wypowiedziane przez Ojca Świętego, Jana Pawła II do Enrico Marinellego, komendanta specjalnych służb policji i ochrony Watykanu: „Niech pan zapamięta i przekaże innym, że przyjaźń jest darem od Boga”. Tak właśnie ks. Kazimierz odbiera swoją przyjaźń z Panem Stefanem Kosiarskim. Cieszy się nią, mówi o swoistym pokrewieństwie duchowym, jakie między nimi się zrodziło. Rozumieli się bez słów. W domu Państwa Kosiarskich ks. Kazimierz czuł się jak we własnej rodzinie. Ze względu na różnicę wieku, cenił Pana Stefana i szanował jakby był jego ojcem i taką relację podtrzymywał. Był ogromnie rad, że zrodził się pomysł dokumentacji przygody Pana Stefana z Ojcem Świętym i że udało się go zrealizować. Książka, będąca zapisem wspomnień Pana Stefana, pozostanie trwałym pomnikiem przygody znad Wisłoka i z Watykanu
Kilkadziesiąt zdań o samej książce.

W pierwszej części książka przedstawia osobę Stefana Kosiarskiego. Urodził się on w Brzyskiej Woli pod Leżajskiem w 1923 roku, jest więc rodakiem wielu z nas, potomków Stefana Piotrowskiego ze Strachociny. Ukończył gimnazjum w Leżajsku, w czasie wojny wstąpił do Armii Krajowej, co było powodem prześladowań ze strony sowieckiego NKWD i polskiego UB po wojnie, łącznie z więzieniem, i zmusiło go do „ucieczki” na studia rolnicze aż do Poznania. Nawet tam dosięgły go „długie ręce” Bespieki. Po perypetiach z „władzami”, dopiero w 1957 r. (po „odwilży październikowej”) zostaje inżynierem-rolnikiem. W 1967 r. wraca na Podkarpacie obejmując stanowisko zastępcy (był bezpartyjny!) dyrektora Zakładu Doświadczalnego w Odrzechowej-Pastwiska, będącego częścią Instytutu Zootechniki w Krakowie. Tam spędził większość swojego życia. Ożenił się w 1953 r., doczekał się czwórki dzieci.

Druga część książki („Konspiracja”) to dość szeroki opis okresu życia w konspiracji antyniemieckiej, oraz o wiele dłuższego okresu w partyzantce antykomunistycznej po 1944 roku i prześladowaniach z tym związanych, praktycznie aż do 1967 r., do czasu przeprowadzki do Pastwisk.

Trzecia część to opis spotkań z ks. kardynałem Karolem Wojtyłą podczas letnich pobytów wypoczynkowych Kardynała w Pastwiskach, w „świątyni dumania” Stefana, nad Wisłokiem. Rozmowy o życiu, o losach towarzyszy broni z partyzantki ze śpiewaniem partyzanckich piosenek, o literaturze polskiej, głównie romantycznej, z wieloma dużymi fragmentami utworów Adama Mickiewicza, recytowanych przez Stefana z pamięci, o pszczelarstwie. Jest i opis mszy św. w plenerze, nad Wisłokiem.

Trzecia część książki, najdłuższa, to przede wszystkim spotkania Pana Stefana z Ojcem Świętym na Watykanie. Odwiedzał on Watykan i Ojca Świętego wielokrotnie, brał udział w audiencjach ogólnych, w spotkaniach zbiorowych, ale także spotykał się z Ojcem Świętym osobiście, bezpośrednio. Rozmowy był zawsze bardzo serdeczne, pełne wspomnień. Szczególnie ostatnie spotkanie z Ojcem Świętym Pan Stefan wspomina z wielką nostalgią.

Ostatnia, najkrótsza część, to korespondencja Stefana Kosiarskiego (nie tylko) z Ojcem Świętym. Bardzo ciekawa korespondencja, jak zresztą cała książka. Warta przeczytania.

Ojciec Święty Jan Paweł II zmarł w 2005 roku, został beatyfikowany (ogłoszony Błogosławionym) w 2011 roku, kanonizowany (ogłoszony Świętym) w 2014 roku. Stefan Kosiarski zmarł w 2013 roku, w wieku 90 lat.

Na fotografii obok Stefan Kosiarski (z lewej) i ks. prałat Kazimierz Piotrowski przed pomnikiem Ojca Św. w Myczkowcach.

 

2. Ks. Romuald Szumierz – opiekun internowanych

W poprzednim numerze „Sztafety” wspominaliśmy o ks. Romualdzie Szumierzu, starszym bracie Aleksandra Szumierza z Krakowa, męża Alicji z Kucharskich, wnuczki Zofii z Wołaczów-Piotrowskich, który przekazał pamiątkowe krzyże, odziedziczone po bracie do ECS w Gdańsku.

Ksiądz Romuald zmarł w 2020 roku, w wieku 86 lat. Był bardzo ciekawą postacią. Urodzony 21 stycznia 1934 r. w Kańczudze k/Łańcuta na Podkarpaciu po ukończeniu Seminarium Duchownego w Przemyślu otrzymał święcenia kapłańskie 1 czerwca 1958 r. Jako kapłan przez 25 lat pracował na terenie archidiecezji przemyskiej w różnych parafiach – w Raniżowie, Łańcucie, Jarosławiu, w parafii katedralnej w Przemyślu, Żołyni, Krzemienicy, Leżajsku, Trześni, Stalowej Woli. W międzyczasie podjął studia w zakresie prawa kanonicznego na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, uzyskał stopień magisterski i rozpoczął studia doktoranckie.
Skierowany przez bp Ignacego Tokarczuka do Krosna, budował nowy kościół w nowozałożonej parafii p.w. Św. Piotra i św. Jana z Dukli, mocno narażając się mocno ówczesnym władzom. Zmęczony nieustającymi „wizytami” Służby Bezpieczeństwa poprosił biskupa o urlop i wyjechał na jakiś czas do rodziny w Chicago. Podczas pobytu w Stanach zaprzyjaźnił się z jednym z biskupów kanadyjskich, co zaowocowało po latach. Po powrocie ze Stanów, w 1982 roku, znalazł się w Komańczy, w Bieszczadach, jako kapelan, opiekun duchowy, klasztoru Sióstr Nazaretanek (tam gdzie w latach 1955 - 56 był „osadzony” ks. arcybiskup Stefan Wyszyński, Prymas Polski). Z tego tytułu stał się także (terytorialnie) opiekunem duchowym internowanych w stanie wojennym, wprowadzonym w Polsce z dniem 13 grudnia 1981 r., członków NSZZ „Solidarność”, w obozie internowania w Nowym Łupkowie k. Komańczy. Do Łupkowa przywożono internowanych głównie ze Śląska (m.in. z fabryki samochodów Fiat z Bielska-Białej), ale także z innych obozów, pobliskich Uherzec k. Leska, z Załęża k. Rzeszowa i innych. Wybór więzienia w odległym Łupkowie, gdzieś daleko, na wschodzie, w Bieszczadach, na obóz internowanych nie był przypadkowy. Fakt, że Łupków leży w pobliżu dawnej granicy z ZSRR (dzisiaj to Ukraina) wzbudzał (i miał wzbudzać) wśród zatrzymanych poważne obawy, że wywożeni są na jeszcze dalszy Wschód. Te obawy były potęgowane „dowcipami” konwojentów, którzy wspominali o Syberii i łagrach.

Ilość internowanych przebywających w Łupkowie była różna, maksymalnie wynosiła 159 osób. Panujące w obozie warunki były trudne. Aresztowanym doskwierało zimno, głód i choroby. Cele były zapluskwione. Roiło się od szczurów. Opieka medyczna w zasadzie nie istniała. Dodatkowo nękano więźniów regularnymi wizytami esbeków, którzy w ramach akcji „Klon” próbowali nakłaniać do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, czy też do podpisania deklaracji lojalności. Przeprowadzano liczne przesłuchania w celu zebrania informacji, czasami sięgając po przemoc fizyczną. Dopiero dzięki wizytacji delegacji Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża zatrzymani otrzymali dostęp do posług duszpasterskich. Zatrzymani podejmowali różne formy protestu, m.in. zbiorową głodówkę. Duży procent wśród zatrzymanych stanowili pracownicy umysłowi, inteligenci, stąd wzięła się bogata „twórczość” w zakresie różnego rodzaju biuletynów, pieczątek, pamiątek, pocztówek i znaczków. Właśnie przekazane do ECS w Gdańsku przez Aleksandra Szumierza krzyże (odziedziczone po zmarłym bracie) są przykładem takiej pamiątki. Przykłady takich pamiątek pokazane są obok.

Ksiądz Romuald starał się, jak mógł, podtrzymać na duchu, najczęściej bardzo młodych, działaczy „Solidarności”, których stan psychiczny po klęsce wspaniałego ruchu był nie najlepszy. Robił to z dużym zaangażowaniem i dużym doświadczeniem, nabytym w pracy w najróżniejszych miejscach i środowiskach. Jego podopieczni potrafili to doceniać, cieszył się ich dużym szacunkiem i zaufaniem. Powyższe pamiątkowe krzyże, z podpisami (na odwrocie) wielu zatrzymanych, od których je otrzymał, o tym świadczą.

Można się domyślać, że jego działalność nie bardzo podobała się władzom. Nie wykluczone, że właśnie to (i związane z tym naciski z różnych stron) przyczyniło się do podjęcia przez księdza Romualda decyzji wyjazdu w 1984 roku z Polski do Kanady, do pracy duszpasterskiej. Swoją pracę rozpoczął od miasta Winnipeg, gdzie przez rok poznawał specyfikę kanadyjskiej, anglosaskiej rzeczywistości i pogłębiał znajomość języka angielskiego. Po roku został samodzielnym proboszczem w Stonewall, gdzie pełnił posługę do 1991 roku, obsługując jednocześnie sąsiednie Tuclon i Inwood. Po 3-letnim pobycie w Polsce (opiekował się chorym ojcem) powrócił do Kanady, gdzie objął parafię w Morden mając do obsługi także Winkler i Manitou. W 2003 roku, mając 68 lat, poprosił biskupa o zwolnienie go z ciężkiej pracy w angielskojęzycznych parafiach i osiadł w Canadian Polish Manor, gdzie pracował aktywnie wśród Polonii. M.in. był członkiem Polskiego Towarzystwa Muzycznego im. I. J. Paderewskiego, i Koła Przyjaciół KUL (był wiceprezesem i prezesem Koła), w Kongresie Polonii Kanadyjskiej reprezentował Stowarzyszenie Polskich Księży, pełnił funkcję przewodniczącego Stowarzyszenia Polskich Księży w Centralnej Kanadzie i sędziego w Trybunale Małżeńskim. Był Rycerzem Columba 4 stopnia. Prowadził religijno-patriotyczny program radiowy, dbał o zachowanie wiary i polskości wśród swoich polskich rodaków. W 2017 roku zachorował, poddał się poważnej operacji, i nie mogąc dalej pracować powrócił do Polski, do rodzinnej Kańczugi. W 2019 został przeniesiony do ośrodka leczniczego Caritasu w Przemyślu, gdzie zmarł 5 października 2020 r. Został pochowany w swojej rodzinnej Kańczudze, małym miasteczku na Pogórzu Dynowskim, 8 października 2020 r.

 

3. Nowy tomik wierszy Ireny Piotrowskiej z Sanoka

Irena Piotrowska z Sanoka, nasza rodzinna poetka, wydała kolejny nowy tomik swoich wierszy p.t. „Co nam przynosi los”. Wiersze są bardzo różne tematycznie, pisane na różne okazje. Dwa z nich zamieszczamy poniżej.

Irena, wdowa po zasłużonym dla naszego Stowarzyszenia Józefie Piotrowskim „spod mogiły” z Sanoka (ale urodzonym w Strachocinie), jest już podwójną prababcią. Ma dwóch prawnuków, 2 letniego Wicusia i rocznego Jasia. Irena pochodzi z Jaćmierza (dalszego sąsiada Strachociny) i do rodzinnej wioski czuje ciągle duży sentyment.
Może to pochodzenie z Jaćmierza, bardzo specyficznej miejscowości (jest takich więcej na Podkarpaciu, w sąsiedztwie Strachociny), spowodowało, że od lat pisze wiersze. Kibicował jej w tym mąż Józef (od ośmiu lat już nie żyje), który także miał artystyczną duszę. Razem wyżywali się także w hodowli wspaniałych kwiatów w swoim przydomowym ogródku w Sanoku na Dąbrówce, w tym przepięknych róż.

Irena, z domu Buczek, i Józef pobrali się 20 lutego 1955 r. Mieli troje dzieci: Marka (ur. 1955 r.), Ryszarda (ur. 1959 r.) i Bożenę (ur. 1963 r.). Wybudowali piękny dom w Sanoku-Dąbrówce z dużym ogrodem. Cieszyli się życiem, szczególnie rodzinnym życiem. Starszy syn Marek wyemigrował z rodzinnego Sanoka, ale młodszy Ryszard i córka Bożena pozostali w Sanoku, niedaleko rodziców. Cała trójka dzieci pozakładała rodziny, uszczęśliwiła dziadków wnukami. Marek w Krakowie - Marcinem (ur. 1981 r.), Ryszard w Sanoku – Moniką (ur. 1988 r.) i Miłoszem (ur. 1992 r.), Bożena, także w Sanoku – Anią (ur. 1990 r.). Wnuk Miłosz realizował swoje marzenia o karierze hokeisty w sanockich „Niedźwiadkach”. Pierwszy cios od losu spadł na Irenę w 1997 roku – przedwcześnie, w wieku 33 lat, zmarła na raka córka Bożena. Rodzice bardzo przeżyli jej śmierć. Mała Ania zamieszkała z dziadkami, stała się dla nich drugą córeczką. Kolejnym ciosem dla Ireny była śmierć męża, Józia, w 2014 roku. To była dla niej prawdziwa katastrofa. Byli doskonałym, kochającym się małżeństwem, mogli cieszyć się jeszcze przez długie lata życiem, szczęściem rodzinnym, swoimi kwiatami w ogrodzie. Kolejny cios przyszedł na babcię Ireną w 2020 roku. W szpitalu w Amsterdamie zmarł wnuk Miłosz, znalazł się tam po wypadku drogowym. Może dlatego Irena, mimo wszystko optymistka, napisała taki wiersz jak ten:

Uśmiechaj się przez łzy

Nie zawsze co złe cię w życiu spotyka szybko przemija
A co dobre odchodzi jak dłuższa chwila.
Może masz trudności – gdy są dzieci małe,
Ale wiedzo o tym – że to nie jest trwałe.
Bo z biegiem lat, wszystko się zmienia –
Dzieci z domu odchodzą – smutno, bo ich nie ma.
Każde po swojemu swego miejsca szuka,
Ty czekasz kiedy przyjdzie i do drzwi zapuka.
Bo dom tętnił życiem – teraz ucichły gwary i spory,
I w samotni spoglądasz w okno – w poranki i wieczory.
I czujesz wielką pustkę – lecz musisz się z tym zmierzyć,
Choć pragnąłbyś czasem komuś ze swoich spraw się zwierzyć.
Trudna jest samotność gdy przyjdzie ci tak żyć –
Ile łez wylewasz –
tylko przed nikim nie musisz je kryć.
Bo śmiej się wśród ludzi, płacz tylko w ukryciu –
Bądź lekki w tańcu – ale nigdy w życiu.
Bo taki los ci był przeznaczony -
Jak Bóg daje zdrowie i siłę – bądź zadowolony.

Irena stara się być zadowolona z życia mimo tych smutnych wydarzeń, które ją spotkały, tak jak zaleca innym w swoim wierszu. Cieszy się teraz małymi prawnukami, Wicusiem (na zdjęciu obok), synkiem wnuczki Ani, i Jasiem, synkiem wnuczki Moniki. A także innymi radosnymi wydarzeniami w rodzinie. Wnuczka Ania, córka nieodżałowanej pamięci Bożeny, wyszła za mąż w 2016 roku za Damiana. Ślub Ani i Damiana odbył się kościele w Jaćmierzu. Na zdjęciu obok stoją od lewej: babcia Irena, wnuczka Ania, jej mąż Damian, oraz rodzice Damiana z wnuczką.

25 sierpnia 2018 roku wyszła za mąż w Zagórzu k. Sanoka, za Mateusza Iwanowskiego, wnuczka Monika, córka Ryszarda (zdjęcie ze ślubu obok). Monika i Mateusz mają już synka Jasia.

W 2020 roku ożenił się w Krakowie najstarszy wnuk Ireny, syn Marka, Marcin (ur. 1981 r.), z Joanną.

W tomiku przysłanym w grudniu znalazł się także wiersz z życzeniami noworocznymi, bardzo optymistycznymi:

Życzenia Noworoczne

Północ się zbliża, Nowy Rok nadchodzi,
A stary, tak smutny – już od nas odchodzi
Ja z tej okazji chcę złożyć życzenie,
Wszystko co złe było, niech idzie w zapomnienie.
Życzę dużo zdrowia – niechaj w sercu radość będzie,
I na zawsze od nas – ten wirus odejdzie.
I niechaj nic złego w świecie się nie dzieje,
Że Nowy Rok będzie lepszy – miejmy tę nadzieję.
I niech Pan Bóg wszystkim błogosławi.
Wspomaga, pociesza, żywot nam poprawi.
Bo te życzenia z głębi serca płyną –
Wraz ze starym rokiem złe wspomnienia miną.
Ile bąbelków jest dziś w szampanie
Niech Wam Rok Nowy upłynie wspaniale,
Ile światełek świeci nam w mroku –
Życzę Wam Wszystkim „Szczęśliwego Roku”.

Warto dodać, że Irena wydała drukiem już co najmniej cztery tomiki wierszy: „Przemijanie” w 2009 r., „Ku Zachodowi” w 2010 r., „Los i przeznaczenie” w 2014 r. i „Życie jak pory roku” w 2018 r. Oprócz tego napisała wiele wierszy nie wydanych drukiem, a nawet pozostawionych tylko w brulionie.

4. Rocznicowy „Głos Zarszyna”

Od pana Andrzeja Giyra-Piotrowskiego, sekretarza Urzędu Gminy Zarszyn (bliskiego sąsiada Strachociny), otrzymaliśmy ciekawy numer „Głosu Zarszyna”, kwartalnika redagowanego przez Stowarzyszenie „Inicjatywa” w Zarszynie. Jest to numer rocznicowy, „wydane specjalne”, z okazji 40-tej rocznicy powstania w gminie Zarszyn „Solidarności” (w 1980 r.). Poniżej kilka ciekawych informacji z tego numeru „Głosu”.

Tak rodziła się „Solidarność”

Dziś charakterystyczne logo NSZZ „Solidarność” to jeden z najbardziej rozpoznawalnych znaków na świecie. Czerwone, drukowane litery z biało-czerwona flagą nad literą „N” towarzyszyły protestom i strajkom, mobilizowały, dawały nadzieję. Były symbolem rodzącej się jedności Polaków, którzy tak bardzo pragnęli prawdziwej wolności – do zgromadzeń, zrzeszania się, wolności słowa, przekonań i przestrzegania praw zapisanych w konstytucji. Od 1980 r. zmieniło się – jak pragnął Jan Paweł II – „(…) oblicze ziemi, tej ziemi”.

Do powstania „Solidarności” doprowadziła działalność wielo-nurtowej opozycji lat 70-tych. Bez-pośrednim zapalnikiem był prze-dłużający się kryzys gospodarczy końcowych lat „ery Gierka”. Od początku 80-tego roku w kraju wrzało, w sierpniu rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej, na któ-rego czele stanął Lech Wałęsa. Strajki rozlały się na całą Polskę, wszyscy domagali zmian, w tym niezależnych (od władz i rządzącej partii) związków zawodowych. 31 sierpnia 1980 r. podpisano porozu-mienie między strajkującymi i przedstawicielami władzy, na mocy którego powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” (NSZZ „S”), zarejestrowany przez sąd w Warszawie 10 listopada1980 r. W całym kraju, także na Podkarpaciu, powstawały komitety założycielskie NSZZ „S” w zakładach pracy, w instytucjach publicznych, także w urzędach i administracji. Oczywiście, struktury władzy starały się za wszelką cenę zapobiegać temu, stosowano rozmowy „dyscyplinujące”, nawet groźby i zwolnienia z pracy. Komitet Założycielski powstał także w Urzędzie Gminy Zarszyn, na jego czele stanął Andrzej Piotrowski (Giyr-Piotrowski, syn Tadeusza, ze strachockich Piotrowskich). Komitet został zarejestrowany i wszedł w struktury Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego NSZZ „S” w Sanoku. Oczywiście, już następnego dnia Andrzej został wezwany do naczelniczki gminy Barbary Wojciechowskiej i „poproszony” o wycofanie się z tej inicjatywy (komórka NSZZ „S” w UG Zarszyn była pierwszą w urzędach gminnych województwa krośnieńskiego). Zarszyńskim „solidarnościow-com” udało się jednak utrzymać swoją komórkę mimo nieustannych nacisków administracyjnych władz zwierzchnich z Krosna i miejscowego Komitetu Gminnego PZPR (rządzącej partii). Mało tego, przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „S” w UG, Andrzej Piotrowski, podjął się koordynacji tworzenia i organizacji pracy struktur związkowych w zakładach pracy i instytucjach w całej gminie Zarszyn. Komórki organizacyjne NSZZ „S” (Komisje) powstały m.in. w POM Besko, GS Zarszyn, na poczcie w Zarszynie, SKR Zarszyn, w tartaku w Zarszynie, w cegielni Zarszyn, filii sanockiego „Stomilu” w browarze zarszyńskim. Andrzej współpracował także z NSZZ Rolników Indywidualnych „S”, procentowała tutaj znajomość (ze studiów) z Leszkiem Kozłowskim, synem znanego działacza chłopskiego Jana Kozłowkiego, a także z Jackiem Kuroniem (znajomość zawarta podczas procesu Jana Kozłowskiego), znanego działacza opozycji anty-komunistycznej z lat 70-tych.

Niestety, wspaniały „karnawał” Solidarności został przerwany przez władzę wprowadzeniem stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. i delegalizacją NSZZ „S”. W urzędach restrykcje były szczególnie ostre. Urzędnicy gminy bojąc się o los swoich rodzin, obawiając się zwolnienia z pracy, aresztowań, wypisywali się z Solidarności, często wychodząc z rozmowy z dyrektorem z UW w Krośnie ze łzami w oczach. Będąc tego świadkiem Andrzej postanowił „że już nigdy nie dopuści do sytuacji, w której inni by przez niego płakali”.

W stanie wojennym starał się, w miarę możliwości, a praca w UG takie często dawała, uczestniczyć w podziemnym ruchu solidarnościowym, pomagał poszukiwanym przez „bezpiekę” działaczom „S”, mając szerokie kontakty w terenie kolportował podziemną prasę. Współpracował ze strukturami podziemnej Solidarności, m.in. z proboszczem sąsiedniej parafii Długie, księdzem Stanisławem Orzechowskim, którego plebania była prawdziwym centrum kontaktowym podziemnego ruchu w regionie.

Po wygranych, częściowo wolnych, wyborach (w przygotowaniach do nich brał czynny udział) 4 czerwca 1989 r., widząc nadchodzące zmiany i mając nadzieję, że będzie tylko lepiej, postanowił wycofać się z działalności związkowej i politycznej. Obiecał sobie, „że nigdy nie zostanie członkiem żadnej partii, czy organizacji. Uznał, że jego rola już się skończyła i i zdecydowanie lepiej przysłuży się mieszkańcom angażując się w lokalne projekty. Dziś nie ukrywa rozczarowania sytuacją. Ideały tej pierwszej „Solidarności: wyblakły.”

Pamiątkowy numer „Głosu” zawiera mnóstwo innych ciekawych informacji o działalności NSZZ „S” na Podkarpaciu, szczególnie w Sanoku i okolicy. O „Solidarności” Pracowników Oświaty i Wychowania, o NSZZ Rolników Indywidualnych „S”, o ludziach zaangażowanych w to wszystko, o ich dalszych losach życiowych po tym burzliwym okresie. Wielu z nich było zmuszonych w stanie wojennym do emigracji, część z nich nigdy nie wróciła do kraju. Cały numer „Głosu”, liczący 20 stron rozmiaru A4, pełen jest także pamiątkowych zdjęć, m.in. grupy internowanych w stanie wojennym w Uhercach i Łupkowie, osób opisanych w tekście, pamiątkowych dokumentów, zdjęć kandydatów w wyborach z 4 czerwca 1989 r. Zdjęcie powyżej przedstawia słynny plakat wyborczy z tych wyborów, wzorowany na plakacie amerykańskiego westernu „W samo południe” z Gary Cooperem.

 

5. Strachockie rody

Jeszcze o Radwańskich - Uwagi i uzupełnienia

Do odcinka nr 3 opisu rodu Radwańskich, ze „Sztafety pokoleń” nr 26

Od pana Kamila Sikory z Zagórza, otrzymaliśmy wykaz błędów, uwag i uzupełnień do zamieszczonego w numerze 26 „Sztafety”3 odcinka opisu rodu Radwańskich. Poniżej zamieszczamy stosowne poprawki.

1. Strona 45
- Syn Andrzeja Radwańskiego, Sebastian, urodził się 12.03.1763 r., a nie 12.93.1763 r. - Córka Tomasza Radwańskiego i Marii Cecuła, Regina, wyszła za mąż za Wojciecha Klimkowskiego (ur. 10.11.1817 r.), syna Marcina i Marianny Adamiak. Nie miała dzieci. Zmarła 21 maja 1878 r.

2. Strona 46
- Córka Walentego Radwańskiego i Franciszki Piotrowskiej, Katarzyna (ur. 18.01.1869 r.) wyszła za mąż za Jana Mieleckiego Juniora (ur. 26.10.1863 r.) i miała trzech synów: Franciszka (ur. 5.03.1895 r.), Józefa (ur. 16.3.1900 r.) i Kazimierza (ur. 6.1.1912 r.). Józef ożenił się z Katarzyną Wołacz-Piotrowską a Kazimierz z Heleną Piotrowską, a Kazimierz z Heleną Piotrowską.

3. Strona 48
- Napisano błędnie: „Syn Marianny i Błażeja ożenił się z Anielą Berbeć- Piotrowską”. Powinno być poprawnie: „Syn Marianny i Walentego Kwolków- Władysław, ożenił się z Anielą Berbeć-Piotrowską”.

4. Strona 50
- Na „drzewku” genealogicznym Jan Radwański, syn Aleksandra i Wiktorii Daszyk, urodził się 8.12.1890 r. – nie wpisano dnia urodzenia (w tekście jest pełna data).

5. Strona 53
- Matką Piotra, urodzonego ok. 1830 r., nie mogła być Anna Radwańska ur. w 1821 r.! Potworny błąd, w „Księdze chrztów” nie ma bliższych informacji o jaką Annę chodzi.

6. Strona 55
- Kamil Sikora dodaje informacje o Agnieszce Kotlarczyk, żonie Jana Radwańskiego, syna Wojciecha. Agnieszka a właściwie Agata, urodziła się 26.01.1853 r. w Strachocinie i tam została ochrzczona, lecz jej urodzenie wpisano w księdze urodzeń grekokatolików. Jej chrzestnymi byli Szymon Romerowicz oraz Agnieszka Radwańska. Jej matka Ewa Kotlarczyk, córka Tymoteusza Kotlarczyka i Pelagii, córki Jana Tkaczyka, urodziła się w Lalinie w 1825 roku. Kotlarczyki zamieszkiwali tam dom z nr1, a Ewa prawdopodobnie była służącą we dworze w Strachocinie.

7. Strona 56
- Kamil Sikora dodaje informację o Czesławie (ur. 29.07.1881 r.), synu Jana i Agnieszki Kotlarczyk. Czesław wyemigrował, ale tylko do nieodległego Pobiedna, gdzie ożenił się z Marianną Starego, z którą miał aż dziesięcioro dzieci: Władysława (ur.16.12.1906 r.), Stanisława (ur. 06.05.1908 r.), Zofię (ur. 26.11.1909 r.), Franciszka (ur. 30.12.1911 r.), Stanisławę (ur. 28.01.1914 r.), Stanisława (ur. 3.10.1915 r.), Tadeusza (ur. 22.03.1918 r.), Bronisławę (26.08.1920 r.), Józefa (ur. 18.03.1924) oraz Anielę (ur. 17.03.1927 r.). Czesław zmarł w Pobiednie 17.04.1942 r.
- Kamil Sikora dodaje małżeństwu Balbiny (córka Jana Radwańskiego i Agnieszki Kotlarczyk) i Grzegorza Galantów jeszcze czworo dzieci (poza Antonim i Zofią Weroniką): Alojzę, Helenę, Pawła i Jadwigę. W sumie Balbina i Grzegorz Galantowie mieli sześcioro dzieci.

Panie Kamilu, dziękujemy za wszystkie wytknięcia błędów, uwagi i uzupełnienia. Na niektóre Pana zapytania nie znamy odpowiedzi. Za błędy (nieraz potężne) przepraszamy tych wszystkich, którzy szczegółowo śledzą nasz „serial” „Strachockie Rody”. Red.

 

5. Strachockie rody – Chylińscy - Hyleńscy

Kontynuujemy prezentację krótkich „portretów” rodów strachockich, które na przestrzeni wieków wchodziły w relacje małżeńskie z potomkami Stefana Piotrowskiego. Te „portrety” zostały sporządzone na podstawie materiałów zgromadzonych w okresie przygotowywania książki „Piotrowscy ze Strachociny w Ziemi Sanockiej – Genealogia rodu i najdawniejsze dzieje” i niewykorzystanych w całości w tej książce. W żadnym wypadku nie roszczą sobie pretensji do miana monografii rodów, ale dla zainteresowanych mogą być ciekawe. Tym razem prezentujemy „portret” innego ciekawego rodu – Chylińskich, którzy w Strachocinie z biegiem czasu zmienili nazwisko na Hyleńscy (i na inne warianty).

Chylińscy (Hyleńscy) ze Strachociny

Chylińscy to stary ród strachocki, obecny w Strachocinie od ponad 250 lat. Prawdopodobnie Chylińscy, tak jak wiele strachockich rodów, przybyli do spustoszonej przez tatarskie najazdy okolicy Sanoka w drugiej połowie XVII wieku. Z biegiem czasu zmienili, a właściwie nie oni, lecz niektórzy księża w Strachocinie, dokonujący zapisów w parafialnych „Księgach Metrykalnych”, zmieniali nazwisko na Hyliński, albo na Hyleński, a nawet na Heleński. To nie jest zresztą odosobniony przykład takiej zmiany w Strachocinie. Przez wieki, niezbyt liczni, niezbyt zamożni, Chylińscy cieszyli się we wsi zawsze powszechnym szacunkiem i uznaniem. Na przestrzeni lat wchodzili w związki małżeńskie z potomkami Stefana Piotrowskiego. Dzisiaj, po latach masowych wyjazdów, zarówno Hyleńskich jak i Piotrowskich w rodzinnej wiosce pozostała jedynie garstka.

Nazwisko Chyliński nie jest zbyt popularne, jak na sytuację w Polsce, legitymuje się nim ok. 4500 osób, głównie na północnym Mazowszu, Kujawach i w Warszawie (wariantu Hyliński jest jeszcze mniej, tylko 436, wariantu Hyleński jest tylko 56, głównie w powiecie Sanok, a wariantu Heleński zaledwie 11). W I Rzeczpospolitej byli niezbyt zamożną szlachtą, herbu Jastrzębiec, ale jednak byli posesjonatami, właścicielami dóbr. Nie piastowali ważnych urzędów, niewielu ich zapisało się w historii Polski. W popularnej encyklopedii jest zaledwie czterech przedstawicieli tego nazwiska: Rafał Chyliński, błogosławiony, beatyfikowany przez papieża Polaka Jana Pawła II w 1991 r., żyjący w latach 1690 – 1741, Franciszkanin, asceta, opiekun ubogich, Andrzej Chyliński, żyjący w XVII w. kompozytor, kapelmistrz, także Franciszkanin, Samuel Bogusław Chyliński, żyjący w latach 1631 – 1668, teolog, pastor kościoła ewangelicko-reformowanego (kalwińskiego), biblista, i co ciekawe, autor najwcześniejszych przekładów fragmentów Biblii na język litewski. Oraz Teresa Chylińska, współcześnie żyjąca (ur. w 1931 r.), znana muzykolog.

Według Kaspra Niesieckiego, autora najobszerniejszego staropolskiego herbarza, Chylińscy nazwisko wzięli od Chylina, miejscowości leżącej w województwie lubelskim, na wschód od Lublina, ok. 15 km na północny zachód od Chełma. Ale wywodzą się prawdopodobnie z Mazowsza. Ubożsi przedstawiciele rodu Chylińskich, ale przedsiębiorczy, w XVI i XVII wiekach szukali lepszego życia na bezkresnych przestrzeniach dzisiejszej Ukrainy, w posiadłościach tamtejszych możnowładców – Ostrogskich, Zbaraskich, Zasławskich, Koreckich, Wiśniowieckich, Zamoyskich, Chodkiewiczów, Lubomirskich i innych. Wszystko się „zawaliło” po powstaniu Chmielnickiego w połowie XVII wieku – tysiące drobnej szlachty musiało uciekać z południowo-wschodnich połaci Korony na zachód, przed Kozakami i ich rebelią, na spokojne tereny zamieszkałe przez Polaków. Wśród nich znaleźli się także Chylińscy. Jeden z nich zatrzymał się w Strachocinie, pierwszej miejscowości na trasie ucieczki zamieszkałej przez mieszkańców mówiących po polsku, a do tego pełnej też zbiegłych ze wschodu szlacheckich chudo-pachołków. Oczywiście, nie ma żadnych dokumentów pisanych, które świadczyły by o statusie szlacheckim strachockich Chylińskich - Hyleńskich, ale mówi o tym tradycja rodzinna przechowywana we wsi, nie tylko w rodzinach Radwańskich, Kucharskich, Winnickich czy Piotrowskich. Warto tu także wspomnieć, że uznany autorytet w zakresie spraw związanych ze stanem szlacheckim w Polsce i w zakresie heraldyki, Artur Ornatowski, uważa, że nazwiska kończące się końcówką „-ski” (lub „-cki”), tzw. „szlachecką”, mogą być uznane za dowód szlacheckiego pochodzenia, o ile zostały uformowane ponad 200 lat temu. W przypadku strachockich Chylińskich mamy z tym do czynienia.

Najstarszym, znanym z „Ksiąg Metrykalnych” parafii Strachocina Chylińskim jest Jan Chyliński. Jest on wymieniony w austriackim wykazie podatkowym w Galicji jako właściciel (dzierżawca?) gospodarstwa i domu nr 3, położonego w górnym końcu wsi (w Bukosku, pod samym Widaczem). Był on sąsiadem Kazimierza Radwańskiego. Jego majątek nie był duży, zdecydowanie mniejszy niż majątek sąsiada Radwańskiego. Jan Chyliński urodził się ok. 1735 roku, jego pierwszą żoną była Katarzyna. Nie znamy jej nazwiska rodowego, ale możliwe, że była to Radwańska, Regina z Lisowskich Radwańska, żona Andrzeja Radwańskiego, była matką chrzestną aż trójki dzieci Jana. Jan i Katarzyna doczekali się czwórki dzieci: Agnieszki (ur. 21.1.1757 r.), Marianny (ur. 24.2.1760 r.), Andrzeja (ur. 21.11.1762 r.) i Stanisława (ur. 3.5.1765 r.). Po śmierci Katarzyny Jan ożenił się powtórnie, z Zofią. Także nie znamy nazwiska rodowego Zofii. Z Zofią Jan miał jeszcze córkę Konstancję (ur. 23.01.1771 r.). Córka Jana z pierwszego małżeństwa z Katarzyną, Marianna zmarła w wieku 15 lat, w 1775 r. Poza tym nic nie wiemy o życiu Jana i jego rodziny.

Dziedzicem majątku i domu nr 3 został po Janie najmłodszy jego syn Stanisław. Stanisław ożenił się z Anną Turek (ur. 2.07.1765 r.), córką Kazimierza Turka i Agnieszki. Może to nie było małżeństwo na miarę ambicji Stanisława, ale ojciec Anny był dość bogatym gospodarzem (gospodarstwo i dom nr 27) i chyba cieszył się poważaniem wśród wiejskiej elity – matką chrzestną Anny była Anna Radwańska. Z Anną Stanisław doczekał się czwórki dzieci: Marianny (ur. ok. 1790 r.), Zofii (ur. 3.05.1794 r.), Jana (ur. 12.06.1799 r.) i Szymona (ur. 24.10.1802 r.). Przy zapisach urodzenia dzieci Stanisław jest zapisywany jako Hyliński.

Starsza córka Stanisława, Marianna, wyszła za mąż za Franciszka Pucza (ur. ok. 1790 r.), syna Michała i Rozalii Klary Piotrowskiej (córki Szymona Piotrowskiego, przodka strachockich Szumów-Piotrowskich). Ojciec Franciszka nosił nazwisko Adamski, określenie Pucz, zapewne jego przydomek, stało się nazwiskiem prawdopodobnie „dzięki” księdzu wpisującemu dane do „Księgi Metrykalnej”. Marianna i Franciszek doczekali się dziewięciorga dzieci: Walentego (ur. 14.02.1816 r.), Franciszki Marianny (ur. 18.01.1818 r.), Katarzyny (ur. 25.11.1819 r.), Wojciecha (ur. 6.04.1822 r.), Zofii (ur. 11.04.1824 r.), Jana (ur. 5.06.1826 r.), Łucji (ur. 9.01.1830 r.), Reginy (ur. 5.09.1832 r.) i Macieja (ur. 14.02.1835 r.).

O dzieciach Marianny i Franciszka Puczów mamy niewiele wiadomości. O losach życiowych Walentego, Zofii, Jana i Łucji nic nie wiemy. Franciszka Marianna wyszła za mąż za Macieja Cecułę, zmarła 12 lutego 1885 r. Katarzyna wyszła za mąż za Marcina Piotrowskiego (ur. 3.11.1814 r.), syna Bartłomieja Jana Piotrowskiego i Agnieszki Sitek, z którym doczekała się czwórki dzieci: Urszuli, Wiktorii, Wojciecha i Józefa. Po śmierci Marcina Katarzyna wyszła powtórnie za mąż, za Piotra Kozłowskiego, z którym miała jeszcze cztery córki: Mariannę, Agnieszkę, ponownie Mariannę i Wiktorię. Synowie Katarzyny z Marcinem dali początek niezbyt licznemu „klanowi” „Kozłowskich”-Piotrowskich w Strachocinie, biorąc nazwisko ojczyma za swój przydomek (oczywiście, zrobili to mieszkańcy wsi, a nie osobiście synowie Katarzyny). Katarzyna zmarła 26 lipca 1880 r.

Syn Marianny i Franciszka Puczów, Wojciech ożenił się z Teresą Woźniak (ur. 8.10.1823 r.), córką Jana Woźniaka i Konstancji Cecuła. Z Teresą Wojciech miał dwójkę dzieci, Andrzeja i Mariannę. Po śmierci Teresy ożenił się z Marianną Buczek, córką Stanisława i Rozalii Daszyk. Z Marianną Wojciech miał jeszcze czwórkę dzieci: Agnieszkę, Marcina, Franciszka i Wiktorię. Wojciech zmarł 23 maja 1901 r.

Córka Marianny, Regina wyszła za mąż za Jana Radwańskiego (ur. ok. 1825 r.), syna Anny Radwańskiej, z którym miała ósemkę dzieci: Feliksa, drugiego Feliksa (pierwszy zmarł), Mariannę, Wojciecha, Wiktorię, ponownie Wiktorię, Katarzynę i ponownie Katarzynę. Niestety, dzieci Reginy i Jana nie były najlepszego zdrowia, a może miały pecha i trafiały na okresy epidemii w Strachocinie, które zdarzały się bardzo często. Młodsza z Katarzyn wyszła za mąż za Jakuba Mazura. Regina zmarła 1.03.1890 r.

Najmłodszy syn Marianny i Franciszka Puczów, Maciej ożenił się z Katarzyną Dołoszycką, która pochodziła spoza Strachociny. Małżeństwo doczekało się córeczki, Marianny (ur. 22.02.1876 r.), która jednak zmarła jako niemowlę (zm. 1.01.1877 r.). O dalszych dzieciach Macieja nic nie wiemy, Maciej zmarł 22 września 1897 r. i został pochowany na cmentarzu w Strachocinie.

O młodszej córce Stanisława i Anny nie wiemy nic poza tym, że jej rodzicami chrzestnymi byli Józef Winnicki i Zofia Piotrowska (prawdopodobnie to żona Kazimierza Józefa, przodka Fryniów-Piotrowskich). Zofia nie wyszła za mąż ani nie miała dzieci w Strachocinie, może zmarła wcześnie?

Starszy syn Stanisława, Jan Hyliński, dziedzic gospodarstwa i domu nr 3, ożenił się z Marianną Sitek (ur. 5.05.1798 r.), córką Franciszka i Zofii Woytowicz. Z Marianną Jan doczekał się sześciorga dzieci: Marcina (ur. 24.11.1823 r.), Marianny (ur. 6.01.1826 r.), Łucji (ur. 13.12.1827 r.), bliźniaków, Walentego (ur. 14.02.1830 r.) i Konstancji (ur. 14.02.1830 r.) i Bazylego (ur. 13.06.1832 r.), Po 1832 roku Marianna zmarła i Jan, mając szóstkę małych dzieci, które potrzebowały matki, ożenił się powtórnie, z Katarzyną Radwańską (ur. 18.09.1816 r.), córką Józefa i Marianny Buczek. Z Katarzyną miał Jan także szóstkę dzieci: Brygidę (ur. 28.01.1838 r.), Karola (ur. 22.10.1840 r.), Józefa (ur. 27.02.1846 r.), Macieja (ur. 15.02.1849 r.), Katarzynę (ur. 9.11.1853 r.) i Walentego (ur. 23.02.1857 r.). Nazwisko Jana przy urodzeniach dzieci (raczej chrztach) było przez księży zapisywane różnie, do Józefa (1846 r.) włącznie jako Hyliński, od Macieja (1849) jako Chyliński. Najmłodsze dziecko Jana, syn Walenty, zmarł jako siedmioletni chłopak, 6 lutego 1864 r. Jan zmarł 8 lipca 1856 roku, przy zapisie zgonu był Chylińskim.

Młodszy syn Stanisława i Anny Chylińskich, Szymon Hyliński ożenił się z Wiktorią Cecułą. Prawdopodobnie była to Wiktoria, córka Macieja i Franciszki Dżugan (Franciszka pochodziła prawdopodobnie z sąsiedniej Pakoszówki, w Strachocinie nie było Dżuganów), urodzona 21.12.1812 r., ale nie jest to pewne, chociaż innej Wiktorii Cecuły w odpowiednim wieku w tym czasie w Strachocinie nie było. Szymon i Wiktoria nie mieli dzieci urodzonych w Strachocinie. Wiktoria Hilyńska (tak!) zmarła 19 lutego 1881 r. Informacja o ich małżeństwie pochodzi z zapisu jej pogrzebu i pogrzebu Szymona. Szymon zmarł w „słusznym”, jak na owe czasy, wieku 82 lat, 10 października 1884 r., jako wdowiec po Wiktorii Cecuła.

O losach dzieci Jana z Marianną ze Sitków, poza Marcinem i Łucją nic nie wiemy. Albo zmarli w młodości, albo wywędrowali ze Strachociny. Łucja zmarła 25 sierpnia 1857 r. jako niezamężna, o Marcinie więcej poniżej. Trochę więcej wiemy o dzieciach Jana i Katarzyny Radwańskiej. Najstarsza Brygida, urodzona jako Hylińska, urodziła dwóch nieślubnych synów (jako ich matka była zapisana Chylińska), Jana (ur. 8.12.1862 r.) i Franciszka (ur. 2.01.1865 r.). Niestety, Jan zmarł jako 13-letni chłopak, 22 grudnia 1875 roku. O losach życiowych młodszego Franciszka nic nie wiemy.

Syn Jana i Katarzyny Karol ożenił się z wdową Katarzyną Wiktorią Mielecką (ur. 20.12.1825 r.), córką Andrzeja i Apolonii Radwańskiej, wdową po Andrzeju Radwańskim. Z Andrzejem Katarzyna Wiktoria miała szóstkę dzieci. Dość niespodziewany ślub 27-letniego Karola z 41-letnią Katarzyną, matką tylu dzieci, odbył się 22 października 1867 r. Małżeństwo nie doczekało się swoich dzieci. Karol zmarł 22 lipca 1883 r.

Młodszy syn Jana i Katarzyny, Józef ożenił się z Katarzyną Adamiak (ur. 28.03.1838 r.), córką Sebastiana i Marii Galant. Katarzyna miała wcześniej nieślubne dziecko, Szymona (ur. 15.10.1864 r.), ale Szymon zmarł jako niemowlę (zm. 11.05.1865 r.). Ślub Józefa Chylińskiego i Katarzyny odbył się 23 stycznia 1871 r., świadkami byli Grzegorz Radwański i Karol Chyliński. Para doczekała się dwóch synów: Stanisława (ur. 1.04.1873 r.) i Jana (ur. 24.06.1876 r.). Niestety, obydwaj zmarli jako niemowlęta, Stanisław 13 maja 1873 r., Jan 7 sierpnia 1876 r. Żona Józefa, Katarzyna zmarła 1 marca 1886 r. w wieku 48 lat. Prawdopodobnie Józef ożenił się z Marianną Żyłką, córką Wojciecha (zapewne z Bażanówki, w Strachocinie nie było Żyłków). 26 maja 1888 r. zmarł w wieku 8 miesięcy Jan Hyleński, syn Józefa i Marianny Żyłka.

Młodsza córka Jana i Katarzyny, Katarzyna wyszła za mąż za Walentego Pisulę, syna Stanisława i Agnieszki Klimkowskiej. Doczekali się dwóch synów: Jana (ur.26.12.1879 r.) i Stefana (ur. 30.12.1895 r.). Jan ożenił się z Marianną Piotrowską „spod stawiska” (ur. 6.05.1874 r.), córką Wincentego i Agnieszki Adamiak. Ich syn Józef ożenił się z Zofią Hyleńską (ur. 4.05.1911 r.), córką Franciszka i Karoliny z Woźniaków. Stefan Pisula, młodszy syn Katarzyny z Hylińskich, ożenił się z Franciszką Giyr-Piotrowską, córką Floriana.

Najmłodszy syn Jana i Katarzyny z Radwańskich, Walenty, zmarł w wieku 6 lat, 6 lutego 1864 r. na gruźlicę („suchoty” jak mówiono wówczas Strachocinie).

Najstarszy syn Jana Hylińskiego, Marcin Chyliński (syn pierwszej żony Jana, Marianny z Sitków) ożenił się z Teklą Winnicką (ur. 14.09.1830 r.), córką Józefa i Marii Dąbrowskiej, córki Macieja Dąbrowskiego. Winniccy to jeden z najznaczniejszych rodów w Strachocinie. Z Teklą Marcin doczekał się siedmioro dzieci: Franciszka (ur. 1.09.1859 r.), Kazimierza (ur. 29.01.1861 r.), Jana (ur. 6.02.1963 r.), Marianny (ur. 25.12.1864 r.), Wiktorii (ur. 8.10.1867 r.), ponownie Wiktorii (ur. 13.05.1870 r.) i ponownie Franciszka (ur. 16.03.1949 r.). Niestety, jak widać, nie wszystkim dzieciom udało się dożyć do dorosłości. Najstarszy Franciszek zmarł jako niemowlę już 6.04.1860 r. Podobnie jak obydwie Wiktorie, pierwsza zmarła jako roczne dziecko (zm. 17.11.1868 r.), druga jako 7-letnia dziewczynka (zm. 25.01.1878 r.). Marcin przejął po ojcu Janie gospodarstwo Chylińskich i dom nr 3 w górze wsi. To gospodarzenie na małym gospodarstwie z dość liczną rodziną było zapewne trudne – Marcin zmarł 17 maja 1876 roku na „apoplexię”, w wieku 52 lat. Żona Tekla zmarła w wieku 54 lat, 22 lutego 1885 r. na tyfus.

Dziedzicem Marcina, gospodarzem w domu nr 3, został syn Kazimierz. Kazimierz ożenił się z Anną Radwańską (ur. 14.07.1869 r.), córką Grzegorza i Rozalii Żyłka (Rozalia pochodziła zapewne z sąsiedniej Bażanówki). Z Anną Grzegorz doczekał się sześcioro dzieci: Katarzyny (ur. 22.08.1890 r.), Macieja (ur. 19.02.1893 r.), Grzegorza (ur. 11.02.1896 r.), Jana (ur. 24.10.1898 r.), Balbiny (ur. 7.11.1901 r.) i Zofii (ur. 2.04.1813 r.). O rodzinie Kazimierza nie mamy wiele informacji. Za wyjątkiem synów, Grzegorza i Jana nie wiemy nic o losach pozostałych dzieci.

Syn Kazimierza, Grzegorz ożenił się z Heleną Pielech (ur. 24.08.1892 r.), córką Feliksa i Marianny Pielech (córki Józefa Pielecha i Klary Radwańskiej). Grzegorz i Helena mieli czwórkę dzieci: Zofię (ur. 27.08.1924 r.), Władysława (ur. 28.07.1926 r.), Wilhelma Pawła (ur. 13.01.1930 r.) i Bolesława Józefa (ur. 15.01.1932 r.).

Córka Grzegorza, Zofia, wyszła za mąż za Piotra Głuszyka. Piotr pochodził spoza Strachociny.

Najstarszy syn Grzegorza, Władysław Hyleński, ożenił się z Bronisławą Michalską (ur. 28.07.1928 r.), córką Władysława i Anieli Rogowskiej, sąsiadką Piotrowskich „z Kowalówki” i Błaszczychów-Piotrowskich (prapradziadek Bronisławy ożenił się z Franciszką Piotrowską „z Kowalówki”). Ślub odbył się 27.06.1954 r. Potomkowie Władysława Hyleńskiego żyją do dzisiaj w Strachocinie.

Syn Grzegorza, Bolesław Józef, ożenił się z Marią Sąsiadek z sąsiedniej Grabówki. Ślub miał miejsce 13.06.1965 r.

O losach Wilhelma nie mamy żadnych wiadomości.

Młodszy syn Kazimierza i Anny z Radwańskich, Jan Hyleński, ożenił się z Zofią Wójtowicz (ur. 20.07.1899 r.), córką Piotra i Katarzyny Bacza. Matka Zofii, druga żona Piotra Wójtowicza, pochodziła zapewne z sąsiedniej Kostarowiec, wskazuje na to jej nazwisko. Jan i Zofia Hyleńscy doczekali się piątki dzieci: Stanisława Franciszka (ur. 27.01.1927 r.), Tadeusza Jakuba (ur. 4.07.1929 r.), Kazimierza Pawła (ur. 16.01.1932 r.), Janiny Teresy (ur. 15.02.1936 r.), i Czesławy (ur. 21.09.1938 r.).

Syn Jana, Stanisław, ożenił się 27.10.1956 r. z Sabiną. Jego młodszy brat Tadeusz ożenił się 26.10.1956 r. z Heleną Pielech ze Strachociny. Córka Jana, Czesława wyszła za mąż za Stanisława Krawczyka, spoza Strachociny.

Młodszy syn Marcina Chylińskiego i Tekli z Winnickich, Franciszek, ożenił się z Karoliną Woźniak (ur. ok. 1878 r.), córką Wojciecha i Katarzyny Radwańskiej. Franciszek i Karolina doczekali się szóstki dzieci: Jana (ur. 15.07.1897 r.), Heleny (ur. 13.06.1900 r.), Władysława (ur. 23.01.1902 r.), Stanisława (ur. 21.10.1904 r.), Marianny (ur. 30.11.1909 r.) i Zofii (ur. 4.05.1911 r.). Niewiele wiemy o rodzinie Franciszka. Wiemy, że wszystkie dzieci zostały zapisane jako Hyleńscy mimo, że ich ojciec Franciszek przy urodzeniu zapisany był jako Franciszek Chyliński. Na pewno chodzi o tego samego Franciszka. Franciszek zmarł 16.03.1949 r.

Najstarszy syn Franciszka i Karoliny, Jan, ożenił się z Anielą Piotrowską „z Kowalówki” (ur. 21.05.1897 r.), córką Andrzeja i Marceliny Romerowicz. Jan i Aniela zamieszkali u Piotrowskich na „Kowalówce”, mieli córkę Ludwikę (ur. 29.08.1927 r.). W latach Wielkiego Kryzysu (1929 – 33) Jan zdecydował się na wyjazd do Argentyny. Z Argentyny Jan już nigdy nie wrócił do żony i córki. Pisał listy, próbował nawet ściągnąć żonę z córką, te jednak nie zdecydowały się na wyjazd, pozostały w Polsce. Z biegiem czasu Aniela przeniosła się do starego domu Kondów-Piotrowskich (stał na działce Piotrowskich „z Kowalówki”), który właśnie opuścili strachoccy nauczyciele, Dudyczowie. Wynajmowali oni ten dom podczas ich pobytu w Strachocinie. Po przejściu Dudyczowej na emeryturę wynieśli się oni do Sanoka i dom pozostawał pusty. Aniela zamieszkała sama z córką, gospodarząc na maleńkim gospodarstwie, które Aniela otrzymała w posagu po ojcu. Gdy Ludwika dorosła, wyszła za mąż za Stanisława Sitka (ur. 16.09.1926 r.), syna Franciszka Sitka i Karoliny Bańkowskiej, strachockiego rodaka. Ślub odbył się 9.02.1957 r. Wkrótce przyszedł na świat syn Jerzy (w 1958 r.). Kilka lat później (17.07.1960 r.) Ludwika zmarła przy porodzie córki Małgorzaty (córka przeżyła). Stanisław krótko po tym smutnym, tragicznym zdarzeniu ożenił się powtórnie, z Krystyną Bar z Żurawicy - mała Gosia potrzebowała matczynej opieki. Stanisław wyprowadził się z domu teściowej z córką i nową żoną, mały Jerzy pozostał przy babce Anieli Hyleńskiej. Aniela zmarła 29.01.1969 r., została pochowana obok swojej córki. Jerzego przygarnął do swojego domu wuj Józef Piotrowski „z Kowalówki”.

Młodszy syn Franciszka i Karoliny Hyleńskich, Władysław, ożenił się z wdową po Piotrze Piotrowskim „zza potoczka”, Cecylią Cecułą (ur. 21.02.1898 r.). Ślub odbył się 11.04.1944 r. Władysław i Cecylia nie mieli już dzieci.

Kolejny syn Franciszka i Karoliny, Stanisław, ożenił się z Zofią Bronisławą Sitek (ur. 16.04.1905 r.), córką Władysława i Julii Cecuła. Prawdopodobnie mieli oni tylko jedno dziecko, syna Jana (ur. 17.02.1929 r.), który ożenił się 24.05.1976 r. z Józefą Pliś w we Francji, w Argenteuis.

Najmłodsza córka Franciszka i Karoliny, Zofia, wyszła za mąż za Józefa Pisulę (ur. 31.01.1911 r.), syna Jana i Marianny Piotrowskiej. Ich ślub odbył się 5.03.1946 r. Zofia i Józef mieli bliźniaki, Zygmunta i Bogumiłę Mariannę, ur. 9.09.1946 r. Bogumiła wyszła za mąż za Mariana Kotowskiego.